RSS

Archiwa miesięczne: Listopad 2011

Okolice Exmouth, tam gdzie jest Nemo

Z Coral Bay ruszamy dalej na północ wzdłuż zachodniego wybrzeża do Exmouth. Po drodze przez wiele kilometrów obserwujemy kopce termitów. Widzieliśmy je już w Afryce ale nie w takiej ilości jak tu. Dodatkowo kolor ich jest oczywiście czerwony jak wszystko co nas otacza po drodze w Australii Zachodniej.

Przez miasto Exmouth szybko przejeżdżamy i jedziemy prosto do Parku Narodowego Ningaloo Marine, gdzie znajdują się najlepsze miejsca do nurkowania na rafie wprost z plaży, w wielu miejscach rafa oddalona jest od brzegu zaledwie parę metrów. Od razu jedziemy na jedną z najciekawszych miejscówek – Turtles Sanctuary Zone, gdzie od razu poraża nasze oczy turkusowy kolor wody i rafa w odległości zaledwie 5 metrów od brzegu, a pod wodą kolorowy inny świat z ogromną ilością rybek. Już po chwili odnajdujemy Nemo, jest on tu razem ze swoimi kolegami, generalnie bardzo dużo błazenków. Wieczorem instalujemy się na skromnym kampingu położonym nad samą plażą. Zaledwie 500 metrów od nas jest położona druga najlepsza miejscówka do nurkowania – Lakeside Sanctuary Zone, jest w niej mniej koralowców, ale znacznie więcej rybek, czujemy się jakby nas ktoś wrzucił do akwarium, niesamowite! Gdyby tylko nie pierońsko zimna woda to nie chciałoby się nam wychodzić z wody – niestety nie zaopatrzyliśmy się w pianki. Później jedziemy jeszcze raz do Turtles na snurklowy spływ po rafe wraz z prądem morskim i tu Diana wypatruje rekinka, znacznie mniejszego od tych widzianych w Coral Bay. Ruszam z kamerą za nim, takiej okazji nie można przecież przepuścić, udaje mi się do niego dopłynąć na jakieś 4 metry i nagle mały rekinek zaczyna być wkurzony, w sekundzie mnie opływa z drugiej strony. I kto kogo teraz goni? Trzeba wiać:) Później się dowiedziałem, że tych małych rekinków to też lepiej nie wkurzać, bo szczęki mają wprawdzie mniejsze ale równie ostre co ich więksi koledzy.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 30 listopada 2011 w Australia

 

Tagi: ,

Coral Bay, nurkowanie na Ningaloo Reef

Po drodze z Moneky Mia do Coral Bay zwiedziliśmy plażę, która w naturalny sposób została zbudowana z muszelek. Doświadczamy tam dość dziwnego uczucia, chodzenie po milionach trzeszczących pod stopami muszelek.

Po przejechaniu kolejnych 700 km dojechaliśmy do upragnionego Coral Bay. Coral Bay to mała turystyczna miejscowość gdzie zaczyna się Rafa Koralowa Ningaloo, która ciągnie się wzdłuż zachodniego wybrzeża aż do Exmouth. Jest to miejsce stworzone do nurkowania i snurklowania. Najciekawszą jednak atrakcją tego miejsca jest pływanie z Whale Sharks tj. rekinami wielorybimi, największymi znanymi rybami, pomimo iż należą do rodziny rekinów żywią się planktonem i są zupełnie niegroźne dla człowieka. Niestety nie było nam dane z nimi popływać bo te bestie pojawiają się w rejonach Ningaloo tylko miedzy kwietniem a czerwcem. Dowiedzieliśmy się jednak, że w grudniu można jeszcze zobaczyć Manta Ray czyli diabła morskiego, największą znaną płaszczkę, która żywi się również planktonem i nie stanowi zagrożenia dla człowieka.. My oczywiście chcemy zrobić użytek z naszych patentów nurkowych i zaraz po przybyciu rezerwujemy: dwa nurkowania z akwalungiem na rafie i pływanie, a właściwie pogoń z fajką za diabłem morskim.

Podczas pierwszego nurkowania, po pokonaniu pierwszych problemów z wyważeniem, poznajemy i podziwiamy podwodny świat rafy koralowej: ogromne koralowce, niebieskie i żółte mózgowniki, odblaskowo pomarańczowe ukwiały, przydacznie niebieskie oraz mnóstwo kolorowych rybek większych i mniejszych. Potem już tylko z maską i fajką udajemy się w pościg za diabłem morskim. Do namierzonego sonarem diabła morskiego najpierw podpływa nasza dive masterka. Po sprawdzeniu, że rybka jest chętna z nami pływać wskakujemy do wody i w dość szybkim tempie płyniemy za nią, ona pod wodą na głębokości około 5 m a my z fajkami na powierzchni. Diana ma fart i już za pierwszym razem po wyskoczeniu z łodzi wpada wprost na mantę, mnie udaje się za drugim razem ale już nie odpuszczam i cały czas trzymam się prawie dosłownie jej ogona przez następne pół godziny.W między czasie robimy kilka kółek i dziwnych zwrotów, jestem świadkiem jak manta popływa do stacji czyszczącej (miejsca gdzie inne ryki ją czyszczą) i jak koniec końców nudzi się nami, włącza turbo i znika w jednej sekundzie. Drugie nurkowanie przynosi nam znacznie więcej emocji, przedzieramy się przez tunel w rafie i jesteśmy teraz już całkowicie otoczeni koralowcami, zagłębiamy się w podwodnym wąwozie, na początku widzimy wielkiego żółwia, a po chwili nasza dive masterka pokazuje znak „rekiny”. Ku naszemu wielkiemu zdumieniu, jakieś 15 metrów od nas widzimy dwa rekiny, nie są to ogromne ludojady, ale nie są to również baby sharks, na oko mają jakieś 2 metry. W porównaniu do innych ryb są niesamowicie zwinne, my powoli dostajemy gęsiej skórki a one zupełnie nami niezainteresowane powoli odpływają.

Zrobiliśmy dużo fantastycznych podwodnych fotek i nakręciliśmy podwodny film, ale niestety nie będzie chyba nam dane podzielić się z Wami tymi niesamowitymi wrażeniami. Po zakończeniu nurkowania pożyczyliśmy kartę pamięci z naszej wodoodpornej kamery turystom znad naszej zachodniej granicy, a oni zamiast sobie skopiować zdjęcia po prostu je wycieli, oddali nam pustą kartę i odjechali w siną dal. Napisaliśmy do nich maila z prośbą o przesłanie utraconych mediów, jak dotąd brak odzewu… czy można ufać Niemcom?

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 27 listopada 2011 w Australia

 

Tagi: ,

Monkey Mia, delfiny i cudowne zachody słońca

Gdyby ktoś nas zapytał co wyróżnia Monkey Mia od innych miejscowości na zachodnim wybrzeżu Australii to z pewnością powiedzielibyśmy, że są to najpiękniejsze zachody słońca jakie w życiu widzieliśmy. Nie jest to odosobniona opinia. Ta malutka miejscowość położona w Zatoce Rekinów przyciąga turystów właśnie cudownymi zachodami słońca i delfinami, które codziennie podpływają na wybrzeże ku uciesze turystów. Postanowiliśmy wstać wcześnie rano aby przyjrzeć się jak pracownicy ośrodka karmią delfiny. Tego poranka przypłynęło ich pięć, czterech dorosłych i jeden maluszek, który urodził się właśnie w Monkey Mia. Niesamowite było to, że delfiny niezrażone obecnością wielu turystów kłębiących się na plaży podpływały do nas na wyciągnięcie ręki! Mieliśmy wielkie szczęście bowiem pracownicy ośrodka wybrali nas do karmienia i to dwukrotnie! (tzn. Marcin został wybrany dwukrotnie, najpierw przez pracownicę ośrodka, z którą dzień wcześniej gotował makaron w kuchni, a potem przez jej koleżankę :), nie mniej jednak ku mojej wielkiej uciesze za drugim razem to ja weszłam do wody nakarmić delfina). Obiecaliśmy sobie, że podczas tej wyprawy musimy „zaliczyć” jeszcze pływanie z tymi cudownymi stworzeniami.

Nie wiem czy to te wspaniałe zachody słońca, czy też urocze delfiny skłoniły nas do dłuższego pobytu w Monkey Mia. Możliwe też, że dopiero wtedy odczuliśmy zmęczenie i różnicę czasu (7h różnicy w stosunku do Polski). Z pewnością jest to miejsce, które zapadnie nam w pamięci.

 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu 25 listopada 2011 w Australia

 

Tagi: ,