RSS

Archiwa miesięczne: Grudzień 2011

Uluru, Kata Tjuta, Watarrka i MacDonnell Ranges off-roadem w outbacku

Z Darwin do Alice Springs jedziemy pociągiem, transkontynentalną linią nazwaną The Ghan (The Afghan Express), która łączy Północ (Darwin) z Południem (Adelajdą) właśnie poprzez miasteczko Alice Springs znajdujące się w centrum Australii. Długość całej linii to prawie 3000 km, biegnie przez jeden z najsuchszych i bezludnych regionów świata. Budowa tej lini rozpoczeła się 1878 roku, a skończona po ponad 120 latach została nazwana jedną z największych inwestycji infrastrukturalnych w Australii. Swoją nazwę zawdzięcza dzielnym poganiaczom wielbłądów, którzy kursowali w głąb interioru zwanego tu outbackiem. Podróż tym pociągiem jest przeznaczona bardziej dla turystów niż ludzi chcących szybko i tanio przemieścić się z miejsca na miejsce. My mieliśmy do przejechania jakieś 1400 km i zajeło nam to bagatela 24 godziny, włączając 4 godzinny postój w miejscowości Katherine przeznaczony na zwiedzanie. Podróż dodatkowo była urozmaicana opowieściami o historii interioru, zwierzętach i roślinach widocznych za oknem. A to wszystko za 240 $ z 70% ulgą backpackerską za osobę (najtańszy bilet, miejsce siedzące wygodne jak biznes w samolocie plus prysznic w przedziale). Za samolot na tej trasie płaci się jakies 80 $ od osoby a podróż trwa niecałe 2 godziny.

W Alice Springs wypożyczamy najbardziej popularny samochód outbacku – Toyotę Land Cruiser, jeździ nią tu każdy górnik. Ma ona napęd na cztery koła, bardzo wysokie zawieszenie, silnik diesla, dwa zbiorniki paliwa po 90 litrów, a nasz dodatkowo jest wyposażony w łóżko i kuchenkę. Jak w Star Treku stanie się on naszym wahadłowcem Enterprise przez kolejne 7 dni w naszym Outback Treku!

Po zrobieniu zaopatrzenia ruszamy na początku w kierunku góry Ayers Rock, świętej góry Aborygenów zwanej przez nich Uluru, podobno największej atrakcji turystycznej w Australii. Po drodze pierwsza ukazuje się nam jednak góra Mt. Connor, przypominająca sernik.  Ponieważ już się ściemniało zatrzymaliśmy się w jej okolicach na nocleg. Nie był on do końca przespany, w środku nocy obudziły nas potężne podmuchy wiatru i głośne wyładowania atmosferyczne. Burza w outbacku to nie przelewki, w ciągu kilku godzin z małego strumyka robi się głęboka rzeka, podmuch wiatru potrafi przewrócić samochód a pioruny nieustanie wzniecają tu pożary buszu.

Następnego dnia przed nami na dość płaskim horyzoncie zaczyna wyrastać jak babka w piekarniku, jeden z największych monolitów świata Uluru. Po dojechaniu bliżej, szybko przekonujemy się, że wokoło jest niezła ciupaga, wstęp 25 $ za osobę (największa cena jak dotąd w Australii za wjazd do Parku Narodowego), wokół pełno turystów pomimo niskiego sezonu, wszystkie szlaki wybetonowane, wspinaczka na górę zamknięta, no i sama góra wcale nie jest taka wielka i taka czerwona jak na zdjęciach. Robimy krótki trekking w najciekawsze miejscówki obok góry i to samo – nic ciekawego, lipa… Sprawdzamy jeszcze widoki o zachodzie i wschodzie słońca na specjalnie przygotowanych platformach do robienia zdjęć z tłumem różnej maści turystów i zajmowaniem miejsc o 5 nad ranem w oczekiwaniu na pierwsze promyki słońca. Jednak nic się nie mieni, góra nadal ma ten sam kolor, znów nic ciekawego, no może poza tłumami turystów pędzącymi z aparatami. W ramach podsumowania jednogłośnie i uroczyście oświadczamy, że Uluru jest znacząco przereklamowane. Trochę żałujemy, że będąc w Australi Zachodniej nie odbiliśmy (jakieś bagatela 3000 km) w stronę góry Mt. Augustus, która jest dwa razy większym monolitem od Uluru, można się na nią wspinać, jest bardziej święta dla Aborygenów i nie ma tam tylu turystów ze względu na swoją niedostępność. Całe szczęście humor poprawił nam szybko trekking wśród grupy monolitów Kata Tjuta oddalonych jakieś 40 km od Uluru, a będących w obrębie tego samego parku narodowego, znacznie mniej turystów, ciekawsze widoki i nawet ciekawy popołudniowy trekking po górach.

Kolejnym naszym celem w centralnym outbacku jest Kings Canyon w Parku Narodowym Watarrka. Jest on oddalony od Uluru jakieś 300 km. Z dostępnych dwóch szlaków wybieramy ten dłuższy dookoła kanionu zwany Rim Walk. Początkowo z szerokiego na kilkadziesiąt metrów kanionu, z którego wypływa mały strumień wspinamy się wysoko na krawędź kanionu, a następnie idziemy wzdłuż jednej z jego zbliżających się do siebie krawędzi. Po drodze omijamy lub pokonujemy górą wiele skalnych formacji przypominającycych wydmy. Po chwili wyczytujemy, że w rzeczy samej to co widzimy przed 40 milionami lat było wydmami z piasku, które po wyodrębnieniu kontynentu Australii z superkontynentu Gondwany i przejściu osuszenia kontynentu w okresie polodowcowym przybrały w miarę obecny kształt skalny. Po 2 godzinach dość wolnego trekkingu dochodzimy do Ogrodów Eden, serca kanionu, oazy w samym jego środku nie widocznej z góry, z basenem wodnym i bujną roślinnością wyrastającą wprost ze skał. Przy otaczających nas ścianach o wysokości 270 metrów oddalonych od siebie na jakieś 10 metrów i płaskich jak tafle lodu daje to niesamowity efekt. No i oczywiście znikoma ilość turystów. Dodatkowo od naszego pierwszego dnia w centrum Australii jest tu dość pochmurnie. Całe szczęście dla nas, bowiem temperatury o tej porze roku potrafią przekraczać 40 stopni. A kilkugodzinny trekking w takiej temperaturze, często kończy się odwodnieniem i udarem słonecznym.

Do tej pory poruszaliśmy się po drogach asfaltowych, dostępnych dla większości turystów, jednak tym razem kończymy z tym. Z Kings Canyon jedziemy w kierunku pasma gór West MacDonnell Ranges przez Mereenie Loop Road i zaczynamy naszą przygodę off-roadową. Początkowo przez 200 km jedziemy „czerwoną drogą”, nieasfaltowaną, pokrytą czerwonym żwirem i pyłem, formującym kilkucentymetrowe garby, naszym samochodem przy prędkości 80 km/h po prostu przelatujemy nad nimi, jednak i tak od czasu do czasu trzeba uważać na większe dziury i grząski piasek. Trasa ta jest własnością Aborygenów, na przejechanie której musimy wykupić specjalne pozwolenie ($ 5,50). Jedzie się nią 3 godziny po wertepach i nie można się nawet zatrzymać. My nie mogliśmy opanować ciekawości i zatrzymaliśmy się zaciekawieni bulwami rosnącymi przy drodze. Okazało się, że są to dzikie arbuzy. Po kilku godzinach dojeżdżamy do szlaku off-roadowego prowadzącego do Doliny Palmowej (zwanej Palm Valley lub Mpulungkinya) w Parku Narodowym Finke, znacznie bardziej trudnego, wymagającego samochodów z bardzo wysokim zawieszeniem. W jedną stronę przejeżdżamy 20 km w 3 godziny! Jedziemy głównie korytem wyschniętej rzeki, pokonując kamienie a raczej głazy, grząski piasek i cały czas się zastanawiamy czy damy radę stąd później wyjechać. W miarę zbliżania się do centrum doliny jest coraz trudniej, resory i ośki naszego statku kosmicznego trzeszczą, gumy się ślizgają, co chwilę musimy wychodzić z samochodu i obmyślać plan jak przejechać kolejną przeszkodę. Od ostrych głazów coraz groźniej wygląda pokonywanie skalnych urwisk gdzie parę centymetrów za dużo w jedną bądź w drugą stronę może prowadzić do wywrotki. Wprawdzie życia nie ryzykujemy, ale nie wykupiliśmy rozszerzonego ubezpieczenia na nasz samochód (kosztowało drugie tyle co wynajęcie samochodu) i mamy małego cykora, że bez szwanku z tej przygody nie wyjedziemy. Diana zaczyna panikować:) Po pokonaniu hardcorowego skalnego przesmyku nad korytem rzeki dojeżdżamy do wąwozu Cycad, oddalonego o 1,5 km od Palm Vally i resztę drogi postanawiam pokonać na piechotę. Diana się wprawdzie uspokaja, ale na trekking w 40 stopniowym upale nie ma już ochoty. Okazuje, że te ostatnie 1,5 km było jeszcze bardziej hardcorowe od tego co przejechaliśmy do tej pory. Nie chcę na tym odludziu zostawiać Diany zbyt długo samej, więc w stylu alpejskim a właściwie biegiem (prawie tak jak Wielicki zdobywał Broad Peek) w ciągu jednej godziny dochodzę do Palm Valley, wdrapuje się na szczyt kanionu, aby zobaczyć to cudo natury z góry, szczelam parę fotek i wracam z powrotem. Palm Valley to rzeczywiście cud natury, w samym środku suchej skalnej pustyni, rośnie tu bardzo wiele wysokich palm (wyjątkowe palmy zwane Red-Cabage Palms), sagowców i paproci, które przypominają pejzaże rodem z tropików. Mam tylko nadzieje, że to nie była fatamorgana:-)

Szczęśliwie wracamy z powrotem z Parku Finke na drogę do MacDonnell Ranges. Tym razem to Diana nabierała zdolności jazy po terenach. Diabelnie zmęczeni o zmroku jedziemy w kierunku miejsca kampingowego w wąwozie Ormiston. Słońce powoli zaczyna zachodzić, a nasz samochód powoli zaczyna zwalniać. Okazuje się, że w jednym ze zbiorników kończy się paliwo. Spokojnie zatrzymuje się, przecież wiem, że mam jeszcze jeden prawie pełny bak, pełen luz wystarczy tylko przełączyć. Przełączam raz, drugi, trzeci i jeszcze kilka a nasz Enterprise ani drgnie. Jesteśmy w przysłowiowej… pustce! Nikt nie przejeżdża, wokół cisza i spokój, wewnątrz mnie wręcz odwrotnie, mamy paliwo, ale nie możemy jechać! W stylu MacGyvera próbuje przy użyciu węża, butelki i pompki z moich płuc przelać paliwo z pełnego baku do butelki. Kończy się to na poznaniu jak smakuje ropa:)  Tym razem Diana bardziej opanowana. Sprawdzamy na GPSie, do najbliższego Roadhouse’u mamy jakieś 20 km. W nocy nie ma sensu robić tej trasy na piechotę więc przygotowujemy się do spania z myślą, że jutro rano czeka nas spacer po paliwo. W otaczającej nas ciszy słyszymy nadjeżdżający samochód, są to Aborygeni. Machamy do nich a oni nic! Pojechali dalej…

Po jakiś dwóch godzinach, gdy jest juz prawie ciemno widzimy czerwony van a w nim parę młodych turystów. Jak sie później okazuje są to Austriacy, którzy podobnie do nas postanowili rzucić wszystko  i wybrać się w roczną podróż dookoła świata. Karl zgadza się podwieź mnie na stację benzynową i z powrotem. Joanna zostaje z Dianą przy naszym kamperze. Na stacji okazuje się jednak, że nie mogę napełnić butelki plastikowej paliwem bo prawo tego zabrania. Na stacji nie mają żadnych pojemników, ale na szczęście po chwili znajduje się mechanik, który obiecuje pomoc za bagatela 200 $. Tłumaczy mi, że i tak jakbym napełnił zbiornik paliwem to by to nic nie dało, bo paliwo się skończyło i nie ma go w jakiś tam rurkach biegnących do silnika i trzeba je paliwem napompować i on wie jak to zrobić. Nie bardzo mam o tym pojęcie, ale brzmi całkiem przekonywująco. Nie mając wielkiego wyjścia negocjuję z mechanikiem, zgadza się na 50$. Po 2 godzinach pompowania, na zmianę (pompka paliwa ma w naszym aucie na oko jakieś 3 cm sześcienne) w końcu udaje się odpalić nasz wehikuł, uff. W trakcie pompowani na niebie ukazała się łuna pożaru buszu oddalonego wg naszego mechanika o jakieś 60 km. Para z Austrii została z nami. Powiedzieli, że nas nie zostawią do momentu jak odpalimy samochód. Poza tym, że byli całkowicie bezinteresowni, okazali się również bardzo sympatyczni. W trakcie tej przygody straciliśmy wprawdzie 50$ ale poznaliśmy nowych przyjaciół.

Nasze drogi podróżników zbiegły się na chwilę w środku Australii i kolejnego dnia jeszcze razem zwiedziliśmy wąwóz Ormiston z jednym z najpiękniejszych naturalnych basenów wodnych w jakich się do tej pory kąpaliśmy. Potem zjedliśmy razem lunch. My gotowaliśmy chcąc się, choć trochę odwdzięczyć naszym wczorajszym wybawcom. W West MacDonnell Rangers chcieliśmy jeszcze zwiedzić kilka wąwozów: Redbank, Orche i basen Ellery Creek. Jednak okazało się, że wczorajszy pożar buszu się rozprzestrzenia i drogi do nich jak i do tego, w którym spaliśmy zostały już zamknięte. Pożegnaliśmy się z naszymi przyjaciółmi w Alice Spings i ruszylismy w stronę wschodniego pasma gór MacDonell. W trakcie kolejnych dwóch dni zwiedziliśmy wąwóz Trephina i jeszcze raz zakosztowaliśmy jazdy po ostrych terenach w drodze do basenu wodnego John Hayesa. Po przejechaniu 1600 km w outbacku oddaliśmy samochód do wypożyczali bez żadnych uszkodzeń!

Teraz lecimy z Alice Springs do Sydney na Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok.

 
2 Komentarze

Opublikował/a w dniu 23 grudnia 2011 w Australia

 

Tagi: , , , , , , ,

Przez Kimberly do Darwin

Z Broom kierujemy się do Darwin, gdzie planujemy przesiąść się z naszego kampera do pociągu. Do przejechania mamy jakieś 2000 km, a pierwsza większa miejscowość jaką mamy po drodze to Kununurra. Jest oddalona od Broome o jakieś 1100 km. Aby do niej dotrzeć musimy przejechać przez cały region Kimberly słynący ze swej niedostępności o tej porze roku. Podczas pory mokrej trwającej od listopada do marca, sezonu cyklonów w północnej Australii, większość dróg jest zalewana, więc monitorowanie pogody i warunków drogowych jest tu o tej porze często sprawą życia lub śmierci. Po drodze planowaliśmy zwiedzić góry w Parku Narodowym Bangla Bangla. Góry słyną z niesamowitych piaskowców przypominających wysokie kopy pomalowane na zebrę i tworzące długie labirynty niskich wąwozów. Znajdują się tutaj również największe kopalnie diamentów w Australii. Niestety Bangla Bangla jest o tej porze roku zamknięta ze względu na wysoki poziom wody i zagrożenie powodziowe. Dodatkowo wybierającym się tam sugeruje się podróżować autem z wysokim zawieszeniem i napędem na cztery koła, którego nie mamy. Pozostaje nam nic innego jak przejechać szybko przez te 1100 km poprzez monotonne widoki buszu, poprzecinanego okresowymi strumieniami zwanymi tu creekami. Creeki (od których pochodzi wiele nazw miasteczek i winnic) są suche przez większość część roku. Wyglądają jak wyschnięte koryta rzek obrośnięte po brzegach niewysokimi eukaliptusami. W porze mokrej te niepozorne koryta, potrafią całkowicie zapełnić się wodą spływającą z północnej Australii, gdzie są zasilane przez wodę spadającą z szalejących tam cyklonów. Woda spadająca na północy rozlewa się tymi korytami po centralnych i południowych terenach pustynnego  interioru zamieniając czerwoną pustkę w zielone gaje.

Po drodze do Kununurry zatrzymujemy się późnym wieczorem na nocleg na przydrożnym parkingu w buszu. Kolejnego dnia jedziemy do Kununurry, gdzie planowaliśmy uzupełnić zapasy i zostać parę dni. To właśnie tu po raz kolejny spotykamy się z jeszcze bardziej zaostrzonymi przepisami regulującymi sprzedaż alkoholu. Skanowanie dowodów tożsamości, sprzedaż wina po godzinie 18, limit sprzedaży do jednej butelki na głowę, limit do jednej wizyty w sklepie danego dnia. Niestety restrykcje te zostały wprowadzone ze względu na panujący alkoholizm wśród Aborygenów. Jest to problem, od którego większość Australijczyków odwraca wzrok tak jak my odwracamy go od polskich „żuli”. W tym miejscu jesteśmy Wam winni następujące wyjaśnienie:

Aborygeni od momentu pierwszego spotkania z człowiekiem zachodu w XVIII wieku byli według naszej zachodniej klasyfikacji bardzo prymitywnymi ludźmi. Często nawet znacznie bardziej zacofani w stosunku do pierwotnych mieszkańców Afryki czy Ameryki Południowej. Aborygeni wierzyli w bogów zrodzonych z sił natury w dalekiej przeszłości zwanej Czasem Snu, prowadzili koczowniczym tryb życia, nie budowali żadnych domostw i wiosek, przemierzali ogromne obszary zakładając tymczasowe obozy śpiąc w jaskiniach lub pod drzewami, nie posługiwali się żadnym pismem a większość swojej wiedzy przekazywali z pokolenia na pokolenie poprzez święte pieśni. Jednak najbardziej różnili się tym od innych ludów, że nie przywiązywali zupełnie żadnej wagi do władzy i dóbr materialnych. Nawet wspomnienia kapitana Cooka, który w 1788 dobił do wybrzeży Australii świadczą o tym, że Aborygeni w porównaniu do Maorysów z Nowej Zelandii czy też innych Polinezyjczyków zamieszkujących inne mniejsze wyspy Pacyfiku, nie byli zainteresowani i zaciekawieni zarówno białym człowiekiem i jak i jego gadżetami. Przy spotkaniu z białymi byli bardzo obojętni i pragnęli wyłącznie spokoju. Cenili najbardziej otaczającą ich naturę i czerpali z niej tylko tyle by mogli przetrwać kolejny dzień. U progu zachodniej cywilizacji ich populacje szacowano na około jeden milion mieszkańców. W wyniku zachodniej kolonizacji, konfliktów z białymi osadnikami, głodu i nowych chorób przywiezionych z zachodu, na początku XX wieku ich populacja zmniejszyła się ponad 10 krotnie do 66 tysięcy i uznano ich za naród wymierający. Biali Australijczycy, głównie byli poddani królowej Wielkiej Brytanii do połowy XX wieku stosowali wobec aborygenów politykę przymusowej asymilacji. Dopiero w latach 60 wykreślono ich z oficjalnej Księgi Fauny i Flory, uznając ich za ludzi, homo sapiens, istoty rozumne posiadające wyższą świadomość. Pełnie praw wyborczych przyznano im w 1984 roku. Obecnie ich populacje szacuje się na 200 tysięcy i stanowią mniej niż 1% obecnych mieszkańców Australii. Część z nich nadal żyje w rezerwatach w pierwotnych warunkach w zgodzie z pieśniami z dawnych lat, duża część z nich w trakcie procesu przymusowej i dobrowolnej asymilacji zdobyła zachodnie wykształcenie, jeździ samochodami, mieszka w domach i żyje w świecie konsumpcji. Niestety jest też duża część zagubionych, śpiących na ulicach miast, żebrzących, pijących i uciekających za pomocą alkoholu i narkotyków do Czasu Snu. Trzy lata temu, w 2008 roku rząd Australii oficjalnie przeprosił Aborygenów za dyskryminacje i prześladowania. Zaczął zwracać im ziemie (oczywiście tą bez żadnych minerałów) i przyznał im dotacje w formie renty, którą mogą wydawać na dobra produkowane przez białych napędzając ich gospodarkę, głównie tą spirytusową. Konsumpcja i chciwość szerzona przez zachodnią cywilizację jest jak zaraza, zniszczy wszystko co jest bezcenne! Wszystko ma cenę i wszystko i każdego można kupić lub sprzedać! Aborygeni to już ostatnia większa cywilizacją, która została podbita, ograbiona i zniszczona przez komercję. Gratulacje, i co teraz?

Napotkany przypadkowo na ulicy Aborygen wygląda z reguły na smutnego i niedostępnego człowieka, gdy się do niego uśmiechamy on zazwyczaj odwraca głowę. Wygląda i zachowuje się mniej więcej jak dzikie zwierze zamknięte w klatce, duszące się otaczającą go rzeczywistością. Okradziony z wolności, godności i tradycji. Każdy z nich nosi w sobie brzemię doświadczonych krzywd przez białych kolonizatorów. Oczywiście zwykłą prostą rozmową da się rozbić ten mur niedostępności. Nam udało się poznać z rodziną Aborygenów, porozmawiać chwilę z ulicznymi włóczykijami i zobaczyć aborygeński uśmiech.

Kununurra zupełnie nas nie zachwyciła, a bardzo wysoka wilgotność sprawiała, że postanowiliśmy wyruszyć w stronę największego sztucznego jeziora w Australii Lake Argyle, oddalonym o 60 km do Kununurry. Jezioro powstało w skutek postawienia tamy na rzece Ord i zalaniu kilku dolin. Udało nam się znaleźć tam kamping z basenem, z którego był genialny widok na jezioro i otaczające go góry. Postanowiliśmy zostać tam trochę dłużej niż zamierzaliśmy.

W drodze do Darwin pojechaliśmy jeszcze do Parku Narodowego Litchfield, gdzie w trakcie zwiedzania dopadła nas jedna z większych tropikalnych ulew. Nie przeszkodziło to jednak nam w zwiedzeniu największych atrakcji tego parku. Wysokich na 6 metrów kopców termitów (Magnetic Termite Mounds), wodospadów Florence otoczonych monsunowym lasem oraz wodospadów Wangi z basenem wodnym. Niestety kąpanie było zabronione ze względu na pojawiające się o tej porze roku krokodyle słonowodne.

Kolejny dzień spędziliśmy w hostelu w Darwin, odpoczywając od kampera i przygotowując się do off-roadowej wyprawy w samym centrum Australii.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 12 grudnia 2011 w Australia

 

Tagi:

Broome, plaża, tropiki i krokodyle

Dopiero w trzecim tygodniu naszej podróży poznaliśmy uroki tropikalnej północy Australii, z wilgotnością sięgającą 80 a nawet 90 % (przy 100 woda przestaje parować). Grudzień to już pora deszczowa w tym rejonie ale na szczęście nas zmoczyło tylko jeden raz:) i to w Darwin… i żebyście nas dobrze zrozumieli – to nie był jeden z tych Polskich deszczyków czy nawet ulew ale kilka hektolitrów wody jednocześnie spadających na ciebie tak, że żadna część ubrania nie pozostaje sucha , włączając majtki:-)

Na szczęście Broome przywitało nas piękną jak na tą porę roku pogodą, z temperaturą ponad 32 stopni Celsjusza i niewielkimi opadami deszczu, który padał zaledwie kilka minut w ciągu dnia, albo w ogóle. Broome chcieliśmy zwiedzić bowiem słyszeliśmy, że znajduje się tu najpiękniejsza plaża w Australii – Cable Beach. Osobiście uważam, że najpiękniejsze plaże są w okolicach Coral Bay aż do Exmouth (czyli cale wybrzeże wzdłuż Ningaloo Reef) ale przecież de gustibus non est disputandum. Myślę, że Broome cieszy się tak wielką popularnością bowiem jest to jedyna tak długa szeroka plaża w Australii (22,5km!). Drobny, jasny piasek mieniący się odcieniami srebra elektryzuje turystów już od pierwszym kroków postawionych na plaży. Woda jest tu bardzo ciepła i stwarza idealne warunki do uprawiania wielu sportów wodnych. Ja z Marcinem zmierzyliśmy się z falami na bodyboard (to jakby deska surfingowa tylko o połowę mniejsza) i mieliśmy sporo frajdy!

W Broome spędziliśmy rekordowe jak na nas 5 dni. Postanowiliśmy urozmaicić sobie pobyt w tym cudownym miejscu wycieczką na farmę krokodyli. I to było coś! Farma dysponowała 4 tysiącami krokodyllami, aligatorami i gawianami z różnych stron świata. Pieszczotliwie mówi się na nich wszystkich Crocks. Przewodnik przypominający głównego bohatera z filmu „Krokodyl Dundee” pozwolił nam przez chwilę potrzymać dwa małe krokodyle, które urodziły się 5 tygodni na farmie. Ja grzecznie podziękowałam i poszłam karmić aligatory z mostku, a Marcin pozował jakimś dziewczynom do zdjęcia z krokodylkiem w dłoniachJ Potem byliśmy świadkami spektakularnego widowiska – karmienia największych krokodyli i to na metr od nas! Nasz przewodnik Krokodyl Dundee, rzucając kuraki w paszcze zgłodniałych krokodyli, nie bacząc na to, że krokodyle łapczywie wpatrywały się w jego dłoń zamiast w kuraka, odwracał się do nas i urozmaicał nam ten czas opowiadaniami o tych ciekawych stworzeniach. Ja z przejęcia nacisnęłam niewłaściwy przycisk i nie nakręciłam filmu z tej uczty.  Niektórzy z Was znają mój talent dotyczący przedmiotów elektronicznych także rozumieją o czym mowa J Dobrze, że to Marcin miał w dłoni aparat i zrobił kilka fotek J Po zwiedzeniu reszty farmy, na którym znajdowały się strusie, kangury, psy dingo i wiele innych ciekawych zwierząt stwierdziliśmy, że warto było wydać te 60 dolarów. Gdybyście kiedykolwiek byli w tych rejonach to gorąco polecam: http://www.malcolmdouglas.com.au/wildernesspark.html

Następnego dnia postanowiliśmy zobaczyć inną atrakcję Broome, a mianowicie najstarsze kino pod gołym niebem. Kino zostało zbudowane w 1916 roku i zachowało ten przedwojenny klimat do dziś. Bez chwili zastanowienia, jak na turystów przystało wybraliśmy australijski film „Red Dog”. I był to strzał w dziesiątkę. Ja się co prawda strasznie popłakałam na koniec filmu ale warto było. Pozycja konieczna do obejrzenia dla tych, którzy dopiero co planują swoją podróż do Australii.

 
3 Komentarze

Opublikował/a w dniu 7 grudnia 2011 w Australia

 

Tagi: , , ,