RSS

Archiwa miesięczne: Styczeń 2012

Otago Peninsula, lwy morskie, foki i pingwiny

Po wielu latach, na południowe wybrzeża Nowej Zelandii wróciły piękne, majestatyczne zwierzęta lodowatych wód Antarktydy i południowego Pacyfiku, mowa tu o lwach morskich (Pakake), fokach (Kekeno, które bardziej są podobne do lwów morskich niż typowych fok), żółtookich pingwinach (Hōiho). A my mieliśmy to szczęście, że je wszystkie widzieliśmy gdy pewnego wieczoru maszerowaliśmy plażami Półwyspu Otago.

Pierwszego dnia wybraliśmy się na plażę Sandfly tuż przed zachodem słońca. Jest to najlepsza pora aby zobaczyć pingwiny bowiem w ciągu dnia przebywają w wodzie. O zmierzchu wynurzają się na zasłużony odpoczynek. Podobno te małe stworzenia mogą przepłynąć nawet 30 km jednego dnia. Niesamowite! Zamiast nich zobaczyliśmy ogromnego (gdzieś na dwa metry) lwa morskiego, który drzemał sobie przy ścieżce na plażę. Z początku myśleliśmy, że nie żyje i gdy zbliżyliśmy się do niego na półtora metra, ten otworzył oczy, wstał i ziewnął. Odskoczyliśmy szybko, ale nie było to potrzebne bo lew morski nie robił sobie nic z naszej obecności. Zachęceni takim obiegiem sprawy, przycupnęliśmy obok niego i obserwowaliśmy dalsze ruchy. W końcu było to nasze pierwsze spotkanie z takim zwierzęciem. Gdy tak go obserwowaliśmy zauważyliśmy, że na skałach wygrzewają się inne lwy morskie, było ich może z pięć może sześć. Wszystkie ciemno brązowe. Nagle ku naszym oczom, na tafli lodowatej wody ukazał się pingwin, który po prostu ześlizgnął się na plażę, zahamował, wyprostował i podreptał na wydmy. Przy okazji super fajnie merdał ogonem 🙂

Następnego dnia pojechaliśmy na łowy fotograficzne na plażę Victory, oddaloną o kilka kilometrów od jakiejkolwiek cywilizacji. I to był strzał w dziesiątkę. Nie tylko ujrzeliśmy lwy morskie wygrzewające się na piasku, ale także foki i Oaster Catchera (taki fajny czarny ptak z pomarańczowym dziobem, który pomaga mu wydłubywać ostrygi z muszli). Oprócz nas na plaży nie było żadnych innych homo sapiens. Foki, jakby wiedziały że są fotografowane wdzięczyły się pysznie do kamery. Podnosiły pyszczek i wyprężały pierś. Najmłodsze foczki wskakiwały do wody i się w niej taplały, porykując przy tym słodko.

Fajnie jest patrzeć na te stworzenia jak są na wolności a nie w jakimś zoo. Zupełnie inne przeżycie, którego Wam serdecznie życzymy..

Wiele wrażeń dostarczył nam także Nugget Point, który słynie z przepięknej latarni, a także pojawiających się na jego wybrzeżach lwów morskich, fok i pingwinów. Aby zobaczyć pingwiny wystarczyło jechać bardzo powoli żwirowaną drogą, która prowadzi do Nugget Point i przyglądać się bacznie okolicom skał. My w taki sposób zobaczyliśmy z bardzo bliska (20 metrów) pingwina, który wygrzewał się na plaży. W ten sposób można ominąć tłumy turystów ściągające do punktu widokowego wskazanego w przewodniku.

D.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 30 stycznia 2012 w Nowa Zelandia

 

Tagi: , , ,

Mount Cook, trekking w Górach Mglistych

Po drodze z Christchurch do Parku Narodowego Cooka zatrzymaliśmy się na nocleg przy górskim, polodowcowym jeziorze Tekapo. Jego kolor był oszałamiający, przypominał najczystszy, kryształowy błękit. A otaczające go zielone wzgórza sprawiały, że chciało się oddychać głębiej.

Kolejnego dnia, po dwugodzinnej jeździe po górzystych i bardzo wietrznych terenach Alp Nowozelandzkich, w końcu naszym oczom ukazało się ledwo widoczne przez otaczającą nas mgłę pasmo gór Cook Range, które wszystkie szczyty miało tego dnia ukryte w chmurach.. Analogia nasunęła się sama, dotarliśmy do Gór Mglistych, a to przecież w nich znajdywała się góra Caradhrasa w niej Moria, pradawne królestwo krasnali, przez którą przedzierała się Drużyna Pierścienia, w której też zaginął Gandalf Szary.

Rozbiliśmy się we mgle na kampingu o nazwie Wzgórze Białego Konia w dolinie Hooker, w pobliżu lodowca Muellera. Z naszego okna mieliśmy cudowny widok na najwyższą górę Nowej Zelandii czyli Górę Cooka (przez Maorysów zwanej Aoraki, 3754 m n.p.m.). Pogoda była wstrętna, mocno wiało, padał deszcz i jak to w Górach Mglistych wszystko było we mgle. Postanowiliśmy zatem zrezygnować ze wspinaczki na Aoraki i zastanawić się nad innymi możliwościami wspinaczkowymi. Tymczasem, nie chcąc spędzać całego dnia w kamperze pojechaliśmy do pobliskiej doliny Tasmana aby zbadać drogę na największy w Nowej Zelandii lodowiec zwany również Tasmanem. Ku naszemu wielkiemu zdumieniu okazało się, że tuż za płotem w sąsiedniej dolinie nie było tak wiele chmur, świeciło słońce i przede wszystkim nie padało. Wskoczyliśmy w buty górskie i zaczęliśmy wspinać się na czołową morenę lodowca. Z jej szczytu odsłonił na się piękny widok na błękitne jezioro, z którego wystawały wielkie góry lodowe, a w oddali było widać uśmiechający się do nas potężny biały jęzor lodowca Tasmana. Gdy schodziliśmy z góry aby dostać się bezpośrednio na lodowiec, w naszą stronę zaczęło potężnie wiać. Poderwane przez wiatr małe kamyczki zaczęły mocno w nas uderzać. Po paru mocniejszych razach w pośladki i plecy postanowiliśmy zawrócić. Dowiedzieliśmy się potem, że w tych górach wieje bardzo mocno, a prędkość wiatru często dochodzi do 150km/h. Wróciliśmy do naszej dolinki a w niej tak samo jak przed naszym wyjazdem widać było same mleko, lało i wiał mocny wiatr. Na szczęście następny dzień zgodnie z prognozami pogody miał być wyśmienity. Ubrani w bieliznę termoaktywną, mocno opatuleni w puchowe śpiwory położyliśmy się wcześnie spać z zamiarem wczesnego wymarszu. Tej nocy było naprawdę zimno, ale to nic w porównaniu z mrozami jakie dopadły wówczas nasz rodzinny kraj.

Nastepnego dnia obudzilismy się o 6 rano, za oknem bez zmian, mleko i deszcz, ucięliśmy sobie zatem dodatkową drzemkę. Kolejny raz zbudziliśmy się o 8, nie padało i niebo zaczynało się przejaśniać. Trafiliśmy w nasze okno pogodowe! Chcieliśmy pokonać jakieś 1200m przewyższenia, aby dostać się do chaty Mullera (schronisko górskie) i wrócić tego samego dnia bowiem nocleg w chacie był sześć razy droższy niż ten na kampingu. Początkowo szliśmy dość łaskawą ścieżką pośród tutejszej odmiany kosodrzewiny, do punktu zwanego Kea często odwiedzanego przez turystów w sandałkach. Po dojściu do niego ukazał się nam piękny widok na Jezioro Mueller z jeszcze ledwo widocznym lodowcem Muellera i Huddlestona oraz wyłaniającym się z oddali szczytem najwyższej góry Aoraki. Następnie zaczęło się strome podejście do Sealy Tarns (małych zielonych oczek wodnych). Tą częścią szlaku idą ci bardziej wytrwali turyści więc i sam szlak jest dobrze przygotowany, z często i gęsto usypanymi stromymi schodami, które trawersują stromo w górę. Z Sealy Tarns widać już wspaniale pobliską górę Footstool (2764m n.p.m.) i za nią wysoką Aoraki oraz spływającą z niej biały jęzor lodowca Hookera. Z tego miejsca w górę jest już bardzo stromo, a ledwo dostrzegalny szlak prowadzi stromym żlebem, po którym idzie się bardzo wolno, jest grząski, krok do przodu, noga opada do połowy i dalej, jeden krok równa się połowie. Dodatkowo pomimo słonecznego dnia zaczął delikatnie prószyć śnieg. Po półtora godzinnym podejściu stromym żlebem, po jednym kryzysie Diany, która w pewnym momencie siadła na wielkim kamieniu i zamarudziła „nie idę dalej”:-), po pokonaniu skalnego rumowiska, doszliśmy wreszcie, choć bardzo zmęczeni, na grań Sealy Range. Warto było się tak zmęczyć! Przed naszymi oczami pojawiła się wspaniała panorama na drugą stronę Sealy Range oraz na Aorak, górujący nad otaczającymi go Alpami Nowozelandzkimi, dodatkowo po drugiej stronie wyłoniła się Góra Stefton (3151m n.p.m.) z pięknym lodowym szczytem i groźnie wyglądającymi serakami wiszącymi wysoko oraz szeroki szczyt Góry Tompson (2642 m n.p.m.). Oczywiście za plecami rozciąga się również wspaniały widok na dolinę Hookera, w której znajdował się nasz kamping. Po grani do chaty Muellera szliśmy jakieś kolejne 30 minut, szliśmy po świeżym śniegu, który zapewne był skutkiem wcześniejszych opadów. W chacie spotkaliśmy Ulfa z koleżanką. Ulf to pięćdziesięcioletni Belg, który opiekuje się chatą. Ma długie ciemne włosy, długą pociągłą twarz z lekko siwym kilkudniowym zarostem. Wygląda jak Strażnik Północy, Aragorn syn Arathorna, spadkobierca Isildura. W zamian za kilkudniową opiekę nad chatą nie musi płacić za spanie. Wielka szkoda, że po zjedzeniu kanapek i zupy musimy wracać z powrotem. Panorama z chaty ma już 360 dookoła. Sama chata nie jest najwspanialsza i nie umywa się do najskromniejszych schronisk w naszych Tatrach, ale byłaby dobrym punktem wypadowym na dalszą wędrówkę, na pobliskie ośnieżone szczyty Kitchener (2042m n.p.m.) i Annette (2235m n.p.m.). Wraz z zachodem słońca, zupełnie padnięci schodziliśmy do naszego kampingu. Ku naszemu zaskoczeniu, po mimo ostrego zejścia, oba kolana Marcina ledwo bolą i oba tak samo. Już nie widać różnicy między tym operowanym a tym zdrowym. Dobra robota doktorze Grela! Wygląda na to, że kolano jest jak nowe a góry stoją dla Marcina ponownie otworem!

Następnego dnia zrobiliśmy sobie kilkugodzinny spacer w stronę Aoraki, pod spływającą z niej lodowiec Hookera. Dalej już samemu się nie da. Wspinaczka na Górę Cooka jest dozwolona wyłącznie z przewodnikiem, z którym i tak trzeba wysoko wylecieć helikopterem. Oczywiście wszystko słono kosztuje i jest poza naszym zasięgiem. Po przejściu wzdłuż jeziora lodowcowego i dojściu do lodowego jęzora dopadło nas załamanie pogody, zaczyna znowu padać i ostro wiać. Zawinęliśmy się zatem z powrotem na kamping. Na kampingu spróbowaliśmy uruchomić nasze auto, a zamiast dźwięku uruchamianego silnika usłyszeliśmy tylko ciche brzęczenie alternatora. Nasz akumulator znów padł. Tym razem przyjęliśmy to ze stoickim spokojem 🙂

M i D

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 28 stycznia 2012 w Nowa Zelandia

 

Tagi: ,

Christchurch i Akaroa, pierwsze kroki po krainie Śródziemia

„Trzy pierścienie dla królów elfów pod otwartym niebem, siedem dla władców krasnali w kamiennych pałacach, dziewięć dla śmiertelników ludzi śmierci podległych, jeden dla władcy ciemności na czarnym tronie w krainie Mordor gdzie zaległy cienie. Jeden by wszystkimi rządzić, jeden by wszystkie odnaleźć, jeden by wszystkie zgromadzić i w ciemności związać w krainie Mordor gdzie zaległy cienie” [wiadomo skąd, wiadomo kto]  

Tak się zaczynała kiedyś przygoda Froda i jego drużyny, teraz pora na nas. W końcu dotarliśmy do krainy zwanej przez Tolkiena Śródziemiem, a przez resztę Nową Zelandią.

Pierwszy dzień wcale nie zapowiadał się dobrze. Prosto z lotniska w Christchurch ruszyliśmy odebrać naszego kampera, którym będziemy przez następne 4 tygodnie podróżować po południowej i północnej wyspie Nowej Zelandii. Jak zwykle na początku ruszyliśmy zrobić zaopatrzenie na pierwszy tydzień podróży a potem… okazało się, że nie możemy uruchomić samochodu. Po kilku próbach sprawa jest jasna – problem z akumulatorem. W głębi duszy zastanawialiśmy się czy to nie powtórka pierwszego pechowego dnia z Australii. Na szczęście mechanik pojawił się dość szybko, pomógł uruchomić nasze auto i ruszyliśmy w drogę. Pierwszego dnia udało nam się dojechać o zmroku do półwyspu Banks Peninsula. Wieczorem, gdy słońce zaszło, nasze ciała przeżyły mały szok termiczny po ostatnich tygodniach spędzony w tropikach w temperaturach 30+, teraz mamy około 20 w ciągu dnia i około 10 w nocy. Zasnęliśmy opatuleni w śpiwory na wybrzeżu jeziora Forsyth w blaskach zachodzącego czerwonego słońca oraz znajomego z naszego Podhala dźwięku: meeee meeee.

Rano okazało się, że całe pobliskie wzgórze jest „porośnięte” owcami, a wieczorne nieśmiałe meeee, zamieniło się w donośne nakładające się na siebie meeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee na ponad 100 głosów:-) Nadchodzący dzień zapowiadał się dość pochmurnie, dlatego szybko z rana zwiedziliśmy górzysty półwysep Banks Peninsula i miasteczko Akaroa, a popołudniu ruszyliśmy zwiedzać Christchurch.

Region Canterbury, w której się znajdowaliśmy jest bardzo często nawiedzany przez trzęsienia Ziemi, w ostatnich tylko latach w 2010 i 2011 były dwa bardzo duże trzęsienia Ziemi o sile 7 i 6 w skali Richtera. Po tym ostatnim z 22 lutego 2011 do dziś całe centrum miasta jest zamknięte. Część budynków jest zburzona, część nadal stoi, ale jest popękana i grozi zawaleniem. Widok jest przygnębiający. Wyludnione miasto, częściowo zburzone, na witrynach niektórych sklepów nadal widać poprzewracany towar, w restauracjach w pośpiechu zostawione stoliki. Życie mieszkańców częściowo zostało przeniesione do prowizorycznych kontenerów transportowych, otworzono tam sklepy, oddziały banku, kawiarnie i restauracje.

Wschodnie wybrzeża Nowej Zelandii to początek tak zwanego Pacyficznego Pierścienia Ognia, strefy częstych trzęsień ziemi i wybuchów wulkanów, obejmuje ona rowy tektoniczne i wulkaniczne pasma górskie ciągnące się wzdłuż wybrzeży Pacyfiku od Nowej Zelandii przez Nowe Hybrydy, Indonezję, Filipiny, Japonię, Kamczatkę, Alaskę, Kalifornię, Meksyk, Gwatemalę, Kolumbię, Ekwador i Peru. Część z tych miejsc jeszcze będzie dane nam zobaczyć.  Zatem bądź nam łaskawy Władco Ognia i Ziemi …

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 25 stycznia 2012 w Nowa Zelandia

 

Tagi: ,