RSS

Archiwa miesięczne: Marzec 2012

Dla ciała i duszy

Zgodnie z planem po Chile przyszła kolej na Argentynę. Zakup biletów na autobus jadący do Mendozy był dla nas nie lada wyzwaniem. Na szczęście kombinacją słów hiszpańskich i angielskich dogadaliśmy się i następnego ranka wyruszyliśmy w stronę granicy z Argentyną. Sama podróż była uciechą dla oka bowiem z Chile do Argentyny przejeżdżaliśmy przez wysokie Andy przełęczą Paso de Los Libertadores po drodze mijając wiele najwyższych szczytów z dobrze widoczną, pokrytą śniegiem Aconcaguą (6962 m n.p.m. – najwyższą górą w Ameryce Południowej, często zwaną dachem Andów). To właśnie ona stanowiła jeden z naszych głównych celów w Mendozie. Niestety po przyjeździe do Mendozy okazało się, że rozpoczął się sezon zimowy i wyprawy turystyczne w góry wysokie zostały zakończone. Ponadto cena wyprawy w wysokości 3500 USD za osobę była dla nas zaporowa. Nawet prosty dwudniowy trekking na szczyt gór Penitentas okazał się bardzo drogi (1200 pesos za osobę).

Postanowiliśmy zatem przełożyć wyprawę w góry na później a w międzyczasie oddać się innym przyjemnościom cielesnym. Na początku wybraliśmy się na wycieczkę do winiarni znajdujących się w pobliskim Lujan. Skupiliśmy się głównie na małych rodzinnych winiarniach gdzie za 20 pesos nasze podniebienie mogło rozkoszować się winnym szaleństwem. Mendoza słynie głównie z win szczepu Malbec, który również nas zachwycił, choć 18-letni mocno rubinowy Cabernet Sauvignon też był niczego sobie :). Po winie przyszedł czas na spróbowanie słynnego argentyńskiego steka. W tym celu wybraliśmy się do tradycyjnej parrilla’dy (czyli argentyńskiego steck house’u), gdzie serwuje się wyłącznie dania mięsne z grilla. Poprosiliśmy kelnera aby kucharz wrzucił na rusz kawałek bife de chorizo. Nie musimy dodawać jak bardzo smacznie było, abowiem kto nie spróbował argentyńskiej wołowiny nie jest w stanie pojąć o czym jest mowa, po prostu trzeba spróbować 🙂

Po paru dniach mieliśmy już dość wina i objadania się wybornymi stekami i ruszyliśmy dalej na północ Argentyny do miasta Salta. Mimo 21-godzinnej jazdy autobusem byliśmy całkiem wypoczęci a to dlatego, że autobusy w Argentynie niczym nie przypominają tych w Polsce. Na dłuższe dystanse operatorzy oferują siedzenia „semi-cama” (rozkładane fotele, podnóżek na nogi) oraz nieco droższe tzw. „cama”(znacznie szersze fotele, które rozkładają się tak, że można nogi wyprostować i spokojnie się przespać). Napoje i skromna przekąska są w cenie biletu.

Gdy dotarliśmy do Salty okazało się, że tego dnia na pobliskim wzgórzu odbywa się chrześcijańskie „mistyczno-sakralne” wydarzenie a mianowicie uzdrawianie ludzi przez miejscową świętą zwaną Dziewicą. Kobieta ta od paru lat na wzgórzu uzdrawia ludzi. Cuda te były nawet przedmiotem badań księży z Watykanu. Nie trzeba było nam mówić nic więcej, zapakowaliśmy wodę do plecaka, coś do jedzenia i ruszyliśmy w stronę wzgórza, aby sprawdzić to na własne oczy. W kierunku świętego wzgórza zmierzały setki ludzi, starzy i młodzi, całe rodziny z dziećmi, ludzi chorych przywożono samochodami. Na oko, na wzgórzu tego dnia zgromadziło się około 5000 ludzi i wszyscy w milczeniu wyczekiwali Dziewicy. Po jakiejś godzinie czekania pojawiła się, ubrana w zwykłą białą bluzkę i czarną spódnicę, taka skromna, zwykła kobieta. Tłum powstał, wszystkie oczy skierowane na nią, gdy ona klęknęła to wszyscy klęknęli, zaczęliśmy odmawiać różaniec po hiszpańsku…”Dios te salve Maria, llena eres de gracia, el Senor es contigo, bendita tu eres entre todasl as mujeres y bendito es el fruto de tu vientre Jesus Santa…”. Po różańcu Dziewica podeszła do chorych, później do innych ludzi kładąc swoją dłoń na ich ramieniu i szeptając jakieś słowa. Niektóre osoby podtrzymywane przez wolontariuszy przewracały się do tyłu, tak jakby mdlały. Kolejka do uzdrowienia nie miała końca. Czy ujrzeliśmy coś niesamowitego? Na pewno niesamowitym był ten tłum, skupiony, milczący i taki pełny wiary. Nikt, kto siedział na wózku inwalidzkim jednak nie powstał, ślepi nie zaczęli nagle widzieć, nie było żadnych widocznych oznak cudu. Ale czy to istotne? Chyba nie, każdy z obecnych powracał do domu naładowany pozytywną energią Dziewicy, z uśmiechem na ustach i pełny wiary na lepsze życie. My też 🙂

D.i M.

Mendoza: Fontana Wina

 

Mendoza: Jak widać

Salta

Salta: Katedra na Plaza Mayor

Salta: Plaza Mayor

Salta: Dziewica uzdrawia

Salta: Drzewo różańców

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 30 marca 2012 w Argentyna

 

Tagi: , , , ,

Trzęsienie ziemi w Santiago i kolorowe Valparaiso

Santiago de Chile, nasza pierwsza noc w Ameryce Południowej, odsypiamy 12-godzinny lot z Auckland,  o 4:27 ze snu wyrywa nas potężny wstrząs i towarzyszący mu huk szyb i włączających się alarmów w samochodach zaparkowanych na zewnątrz naszego hostelu. Zrywam się z łóżka piętrowego w sekundzie. Stoję w samych gaciach, z portfelem i paszportem w ręku i jestem gotowy do ewakuacji. Trochę zdezorientowany pytam: „Co to u licha było, wiejemy?” Zaspana Diana odpowiada „Upsss chyba przeżyliśmy jedno z tych trzęsień ziemi, idziemy spać” :). Obyło się bez wstrząsów wtórnych i ewakuacji. Później przeczytaliśmy w gazecie, że odczuwaliśmy tylko skutki dużego trzęsienia ziemi (6,4-7,2 w skali Richtera), którego epicentrum znajdowało się obok miasta Talca, oddalonego o ponad 400 km od nas.

Samo Santiago nie zachwyciło nas niczym specjalnym. Stolica Chile ma około 6 milionów mieszkańców i niewiele różni się od dużych aglomeracji miejskich w Europie: ma trzy linie dobrze funkcjonującego metra, 400-letnią starówkę z placem głównym i piękną katedrą, dzielnicę biznesową z dwoma drapaczami chmur, ma nawet mały zamek położny na wzgórzu. Wyjątkiem może być to, że jest tam trochę bardziej brudno, a smog wiszący nad miastem jest tak gęsty, że góry otaczające miasto są ledwo widoczne. Acha no i najważniejsze od czasu do czasu nawiedzają go trzęsienia ziemi.

Ponieważ w samym Santiago nie było tak naprawdę wiele do zwiedzania wybraliśmy się na wycieczkę do pobliskiego kolorowego Valparaiso. Polecił mi je Chilijczyk, którego spotkałem w hostelu. Gdy spytałem go o najpiękniejsze miejsce w Chile, bez wahania powiedział: „Jedź do Valparaiso, do rajskiej doliny”. Zachwalał głównie kolorową starówkę ze słynnymi graffiti wpisaną na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Ja od razu przypomniałem sobie kolorowe Campeche w Meksyku, które zwiedziłem kilka lat temu. Po dotarciu do Valparaiso okazało się jednak, że miasto to jest dużo większe niż początkowo myśleliśmy a zabytkowa starówka rozciąga się po kilkunastu stromych wzgórzach i czeka nas dużo wspinania. W zasadzie od razu po zagłębieniu się w wąskie uliczki starówki znaleźliśmy bramę wejściową do „Museo Cielo Abierto”, czyli muzeum pod gołym niebem. Muzeum jedynego w swoim rodzaju, bo to muzeum murali i partyzanckich graffiti, którego autorami są podobno znani lokalni artyści. Miejsce to zamieszkiwali i nadal zamieszkują najsłynniejsi chilijscy artyści, włączając w to najsłynniejszego poetę, laureata nagrody nobla – Pablo Nerude, który zmęczony życiem w Santiago, wybudował La Sebastianę. Dom dopracowany w każdym szczególe z pięknym widokiem na zatokę. Artystycznego ducha czuć w powietrzu i nie jest to zapach paryskiego Montmarte …

M.

Santiago: Wtargneliśmy na spotkanie Cyber Punków

Santiago de Chile

Santiago: Smog

Valpariso: Znak rozpoznawczy

Valpariso: Murale na ulicy Bellavista

Valpariso: Modelka

Valpariso: Dziadkowate Graffit

Valpariso: Stare, Brude ale kolorowe

Więcej zdjęć z Santiago, z Valparaiso

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 26 marca 2012 w Chile

 

Tagi: , ,

Polinezja Francuska, czyli wakacje w raju

Wylecieliśmy z Auckland 15 marca o 15:40 i pomimo tylko 5-godzinnego lotu znaleźliśmy się w Papeete (stolicy Polinezji Francuskiej) 14 marca o godz. 21:55. Wynikało to z przekroczenia południka 180 stopni i znalezieniu się w innej strefie czasowej. He, he gdybyśmy przybyli tu z Auckland 31 grudnia moglibyśmy świętować Sylwester dwukrotnie.

Polinezja Francuska urzekła nas pięknymi plażami, cudownie przezroczystą, turkusową wodą pełną kolorowych ryb, dziwnymi nieznanymi nam dotąd owocami a przede wszystkim kwiatami, które znajdowały się po prostu wszędzie.  Pomysł aby tu przyjechać zrodził się gdy planowaliśmy nasz ślub za granicą. Moorea z nieziemsko pięknymi krajobrazami i wypasionymi resortami wydawała nam się idealnym miejscem. Niestety francuska biurokracja nas przerosła i zdecydowaliśmy się pobrać po powrocie w Polsce. Z perspektywy czasu ta decyzja okazała się to bardzo słuszna bowiem mimo, że Moorea jest jedną z najpiękniejszych wysp na Ziemi to brakowałoby nam tego co dla nas najważniejsze – obecności naszej rodziny i przyjaciół.

Postanowiliśmy jednak tu przyjechać i odpocząć po 4,5 miesiącach podróży. Takie wakacje na wakacjach:-) Byliśmy bowiem bardzo zmęczeni ciągłym przemieszczaniem się, spaniem w kamperze i na niewygodnych łóżkach w hostelach, chodzeniem ciągle w tym samym ubraniu etc. Dwa dni spędziliśmy na Tahiti (największej wyspie Polinezji Francuskiej), która ze względu na dość rozbudowaną infrastrukturę nie za bardzo nam się podobała. Kolejne pięć dni spędziliśmy na Moorea, która jest dużo mniejsza i mniej skomercjalizowaną. Do okoła otacza ją przepiękna laguna, tak jak na Bora Bora tyle że trochę taniej:). Generalnie nie chcieliśmy niczego zwiedzać. Jednakże trzeciego dnia obijania się w hotelu daliśmy się namówić na „coco i pareo show” połączone ze smakowaniem lokalnych potraw. Wszystko odbyło się w domu przemiłej lokalnej rodziny przy akompaniamencie mandoliny i bębnów. Pokazano nam jak ubierać się w pareo (kolorowa duża chusta służąca za strój zarówno kobietom jak i mężczyznom), a także jak własnoręcznie układać naszyjniki i wianki z kwiatów.

Kolejne dni spędziliśmy na snurklowaniu, czytaniu, drinkowaniu, medytowaniu i skakaniu do wody z tarasu naszego domku oraz oglądaniu rybek pływających pod podłogą. Takie błogie lenistwo przed trudną przeprawą przez Andy.

D.

P.S. drugiego dnia naszego pobytu na Moorea zorientowaliśmy się, że wieczorem pod nasz domek przypływa mnóstwo ryb (wabiło je światło z lampki zainstalowanej pod naszym tarasem) oraz polujące na nie rekiny! Od tego momentu nie wchodziłam już po zmroku do wody tylko z ciekawością przyglądałam się co się dzieje na dole.

Więcej zdjęć

 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu 16 marca 2012 w Polinezja Francuska

 

Tagi: , , , , ,