RSS

Archiwa miesięczne: Kwiecień 2012

Nad jeziorem Titikaka

Jezioro Titikaka położone jest na wysokości 3800m n.p.m i jest najwyżej położonym jeziorem żeglownym na świecie. Nazwa jeziora pochodzi z języka keczua i ze względu na jego kształt oznacza pumę polująca na królika. Znajduje się częściowo w Boliwii a częściowo w Peru. My postanowiliśmy je zwiedzić ze strony Peru. Z La Paz wybraliśmy się w 6-godzinną podróż autobusem bezpośrednio do Puno. Od samego poranka było wiadomo, że ten dzień nie będzie należał do szczęśliwych. Diana nadal cierpiała na problemy żołądkowe i zastanawialiśmy się czy w ogóle jechać. Po presją posiadanych biletów zdecydowaliśmy się jechać. Na dworcu autobusowym resztę boliwijskiej waluty wydaliśmy na śniadanie i cukierki, zupełnie nie zdając sobie sprawy, że przy wyjściu na peron autobusowy trzeba zapłacić 2 boliwianos tytułem podatku dworcowego. Udało mi się znaleźć bankomat, ale wchodząc do niego w pośpiechu z impetem otworzyłem drzwi, które uderzyły w bankomat i uruchomiły alarm. Ponieważ z czterech obecnych bankomatów tylko ten działał, przy akompaniamencie syreny i zdziwionych spojrzeniach lokalesów wypłaciłem pieniądze i co prędzej pognałem do autobusu. Całe szczęście dotarłem na czas i nikt mnie nie oskarżył o napaść i obrabowanie bankomatu :). Z drugiej strony trochę to dziwne, że wyjący bankomat wypłaca kasę, ale w Ameryce Południowej wszystko jest możliwe.

Zaraz po przekroczeniu granicy, w połowie drogi do Puno, nasz autobus zatrzymał się w korku przed miejscowością Llave. Po paru minutach okazało się, że jest blokada drogi, która będzie trwać przez kolejne bagatela dwa dni. Kierowca powiedział nam, że możemy tu z nim zostać przez ten czas lub ruszyć dalej pieszo. Ze względu na kiepskie samopoczucie Diany wyszliśmy z autobusu jako ostatni. Z nadzieją, że tuż zaraz za blokadą znajdziemy taksówę, którą będziemy mogli jechać dalej do Puno, zarzuciłem na siebie dwa duże plecaki w sumie jakieś 40kg, Diana dwa małe i ruszyliśmy przed siebie pieszo. Z autobusu dołączył do nas starszy zagubiony Australijczyk, który nie mówił po hiszpańsku i zupełnie nie wiedział, co się dzieje. Po przekroczeniu pierwszej barykady okazało się, że cała droga jest pokryta porozrzucanymi głazami aż po sam horyzont i niewiadomo gdzie kończy się ta masakra. Przy drodze siedzieli wielce zadowoleni strajkujący peruwiańscy Indiance i widząc nas obładowanych bagażem zaczęli się z nas wyśmiewać. Cały czas się we mnie gotowało, dodatkowo gdy jeden z lokalesów rzucił przed nas kamieniem nie wytrzymałem i zbeształem go po polsku proponując ustawkę. Koleś wyzwania nie podjął, ale to może i dobrze, bo wprawdzie duży nie był ale miał wielu innych małych kolegów, którzy trzymali kamienie w dłoniach. Po jakimś czasie przekroczyliśmy jedną z bardziej gęstych blokad na moście i doszliśmy do centrum miasta. A tam panowała totalna anarchia. Drogi dalej były pozagradzane kamieniami, powyrywanymi znakami drogowymi i tłumami krzykliwych tubylców. Po chwili zauważyliśmy, że za nami w kordonie uzbrojonej policji cały tłum, który przed chwilą minęliśmy zaczyna coraz szybciej zbliżać się do nas. W ostatniej chwili udało się nam złapać tuk-tuka (moto-taksówkę),  w trójkę z całym bagażem zapakowaliśmy się do niego i dosłownie kilka metrów przed nacierającym tłumem odjechaliśmy na drugi koniec miasta. Po mieście mogły się poruszać tylko motory i tuk-tuki, które był w stanie ominąć gęsto usiane przeszkody na drodze. Tuk-tukiem dojechaliśmy na skraj miasta, gdzie jak się okazało znajduje się kolejna potężna barykada. Tuk-tuk jadący przed nami próbował ją przekroczyć, lecz został zatrzymany przez tłum strajkujących. Tłum przewrócił tuk-tuka i wywiązała się bójka pomiędzy kierowcą i strajkującymi. My podziękowaliśmy już naszemu kierowcy i ponownie dalej obładowani bagażami ruszyliśmy przed siebie pieszo. Szliśmy tak w sumie dwie godziny, co chwile pokonując mniejsze i większe blokady aż w końcu udało się nam  złapać lokalny autobus i zająć w nim ostatnie trzy miejsca. Towarzyszący nam Australijczyk John był jeszcze bardziej od nas zdenerwowany całą tą sytuacją i miał prawo. Pech prześladował go już od jakiegoś czasu. Do Boliwii przyjechał w odwiedziny ze swoją piękną boliwijską dziewczyną, z którą mieszkał w Sydney. Po przyjeździe do Boliwii okazało się, że ona już nie chce wracać do Australii i zostaje w Boliwii. A przed tym oświadczeniem wyczyściła mu konto. Przed powrotem do Australii chciał jeszcze zobaczyć Machu Picchu. Pierwotnie miał lecieć bezpośrednio z La Paz do Cuzco, ale jego samolot został odwołany, więc aby zdążyć na samolot do Australii, postanowił jechać autobusem. Najwyraźniej nadaremne.

Puno okazało się bardzo brzydkie i bardzo zimne. Po dwóch dniach odpoczynku wybraliśmy się na dwudniowy rejs po jeziorze, aby zwiedzić kilka wysp w okolicy Puno. Na początku odwiedziliśmy pływające wyspy Uros. Wyspy te zbudowane są z trzciny totora rosnącej na mieliznach jeziora Titikaka. Podstawa zrobiona jest z korzeni trzciny, które następnie przykrywa się samą trzciną. Domki na wyspie buduje się również z trzciny, z trzciny robi się jeszcze łodzie. Tak w ogóle to wszystko robi się z trzciny, bo nic innego nie ma. Wyspy te zamieszkane są przez pre-inkarski lud Uros, który dziś żyje głównie z turystyki. Generalnie panuje tam turystyczna ciupaga na maksa, a w samej wizycie na wyspie najciekawsza była opowieść i prezentacja jak pływające wysepki są zbudowane. Po sztucznym folklorze Uros popłynęliśmy na wyspę Amantaní. Zamieszkaliśmy tam u miejscowej rodziny w bardzo skromnym domku bez światła i wody. Wyspa zamieszkana jest przez około 4000 mieszkańców, zajmujących się głównie rolnictwem. Większość turystów przyjeżdża tam na jeden dzień, wiec bardzo dużej ciupagi nie ma. Ale jest nudno poza wejściem na dwie góry z ubogimi ruinami świątyń Pachamama i Pachatata nie ma zbyt wiele do robienia. Kolejna wyspa, na której postawiliśmy swoją stopę to Taquile. Wyspa słynie głównie z włókiennictwa a co najciekawsze robieniem na drutach zajmują się głównie faceci :).

M.

Uros: Mercedes Benz zaparkowany przed prywatną wysepką. Oh Lord, won’t you buy me a Mercedes Benz ?

Uros: Zbuduj sobie wyspę

Uros: Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj

Uros: Z Wesela: „Sami swoi, polska szopa. I ja z chłopa, i wy z chłopa
W oczach naszych chłop urasta. Do potęgi króla Piasta” 🙂

Uros: Partyjka brydża

Uros: Moja mama jada długopisy a brat się żywi balonami

Uros: My, po odstawieniu Polo Kokty

Amantaní: Na rynku

Amantaní: Lśnienie

Amantaní: Baba Jaga

Taquile: Drut Mistrz

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 25 kwietnia 2012 w Peru

 

Tagi: , , , ,

Targ czarownic i lucha libre

Pierwszy raz lucha libre obejrzeliśmy w TVN w programie Martyny Wojciechowskiej „Kobieta na krańcu świata”. Pamiętam, że ten odcinek zrobił na nas ogromne wrażenie i bardzo zapragnęliśmy zobaczyć to wydarzenie na żywo. Lucha libre to nic innego jak latynoamerykański wrestling. Zyskał on w Boliwii na ogromnej popularności gdy na ringu zaczęły pojawiać się cholitas szukające dodatkowego źródła dochodu. Co do zasady te walki powinny być ustawione jak w amerykańskim wrestlingu, jednakże zdarza się, że walczący doznają prawdziwych kontuzji. Sami byliśmy świadkami podpalenia ale o tym za chwilę…

Aby zobaczyć lucha libre musieliśmy się udać do stolicy Boliwii czyli La Paz. Jest to podobno jedyne miejsce w Boliwii gdzie organizuje się walki cholitas. Najkrótsza droga z Sucre do La Paz była akurat nieprzejezdna także znowu musieliśmy spędzić kilkanaście godzin w autobusie. Zmarzliśmy okropnie bowiem autobus nie miał ogrzewania a na zewnątrz panował przeraźliwy ziąb.

Do miasta wjeżdżaliśmy chyba przez półtorej godziny. La Paz położone jest bowiem w rozległej dolinie rzeki La Paz, która nie ma końca. Samo miasto liczy 1,1 mln mieszkańców, ale razem z przedmieściem El Alto tworzy ponad dwumilionową aglomerację miejską. W związku z tym, że miasto to położone jest na wysokości miedzy 3600 a 4100 m n.p.m. czyni je najwyżej położoną stolicą na świecie. Pierwszy dzień w La Paz postanowiliśmy spędzić na zwiedzaniu okolicznych atrakcji. Jedną z nich jest Mercado de Hechiceria czyli Targ Czarownic gdzie sprzedaje się różnorakiego rodzaju talizmany, zioła, proszki, święte figurki Pachamamy tj. bogini, która według wierzeń miejscowych stworzyła świat. Szczególnie zainteresowały nas wyschnięte płody lam, które wisiały prawie przy każdym stoisku. Trzeba było się bardzo pilnować bo ruch na Targu Czarownic był tego dnia naprawdę duży. Po godzinie wędrowania między stoiskami, pewnej bardzo przekonującej kobiecie udało się wcisnąć nam mały talizman za 5 boliwianos. Opłata była jednak raczej za zdjęcie, które pozwoliła sobie zrobić niż za sprzedany towar. W tym miejscu chciałabym Wam wyjaśnić, że w Boliwii miejscowi nie lubią jak im się robi zdjęcia, szczególnie dotyczy to starszych kobiet. Uważają one bowiem, że zdjęcie wykrada im duszę. Często także spotkaliśmy się z żądaniem opłaty za wykonane zdjęcie i to w cale nie małej kwocie!

Następnego dnia obudziłam się z wysoką gorączką i dreszczami. Mimo tego postanowiłam pojechać z Marcinem do najwyżej położonej dzielnicy La Paz tj. El Alto, gdzie odbywały się właśnie walki cholitas. Początkowo na ringu walczyli sami mężczyźni. Pierwsza walka wydawała się ustawiona do czasu gdy koszula jednego z walczących zajęła się żywym ogniem. Chłopak zaczął krzyczeć, rzucił się na ziemię a po chwili został okryty kocem przez organizatorów. Potem widzieliśmy na jego ramieniu ślady oparzenia i myślę, że to był jeden z tych nieprzewidzianych wypadków na ringu. Po jakiś 20 minutach na ring weszły cholitas, ubrane w kolorowe, przystrojone falbanami i świecidełkami spódnice, oczywiście z melonikami na głowie ;). Widownia zdecydowanie się ożywiła. Suknie wirowały, warkocze podskakiwały, tylko od czasu do czasu donośny krzyk jednej z walczących przypominał nam, że to nie taniec a walka. Polała się nawet krew gdy jedna z walczących uderzyła krzesłem drugą! Według Marcina nie była to krew ale ketchup, ja nie do końca byłam o tym przekonana. Podczas ostatniej walki, w osobie jednej z walczących rozpoznałam główną bohaterkę wspomnianego wcześniej odcinka „Kobieta na krańcu świata”. Po zakończonej walce podeszłam do niej i chwilę z nią rozmawiałam. Nie myliłam się, kobieta pamiętała ekipę TVN i poprosiła abym pozdrowiła Martynę. Teraz pozostaje mi tylko spotkać gdzieś Martynę, może na jakimś wierzchołku wielkiej góry, na którą z pewnością zaciągnie mnie kiedyś Marcin :).

Już pod koniec walki czułam, że mam wysoką gorączkę i powinnam położyć się do łóżka. Drogę do naszego hostelu pamiętam jak przez mgłę. W nocy obudziły mnie silne wymioty i biegunka. Na przemian mdlałam i odzyskiwałam przytomność. Marcin był bardzo zaniepokojony i mówił coś o szpitalu. Nasza dalsza podróż w kierunku Peru stała pod znakiem zapytania. Do tej pory nie wiemy czy było to zatrucie czy może skutki soroche, które ujawniło się z opóźnieniem. W sumie nadal przebywaliśmy na ponad 3700 m n.p.m. a ja od dłuższego czasu nie żułam koki. Jednakże po 2 tygodniach przebywania na 3000 m powinnam być już zaaklimatyzowana. No coż, nie wszystko można przewidzieć w podróży, takie są jej uroki.

D.

Targ Czarownic, tu można kupić wszystko: winko mszalne, dopalacze i maskotki z płodów lamy

Targ Czarownic: lamie trupki i statułetki Paczamamy

Targ Czarownic: tym zdjęciem skradliśmy duszę czarownicy i to za darmo!

Przed Katedrą ślub a jak ślub to i druchny

Ulice La Paz: z górki i pod górkę dają radę tylko autobusy po tunningu

Widok na La Paz z El Alto: hej górole i wy cepy tam na dole

Lucha libre: było gorąco

Lucha libre: kiecki latały

Lucha libre: bez litości

Lucha libre: babski nelson

Lucha libre: po zmyciu siniaków, pierwsza z prawej to bohaterka odc. „Kobieta na krańcu świata”

 
3 Komentarze

Opublikował/a w dniu 22 kwietnia 2012 w Boliwia

 

Tagi: , , ,

Boliwia maybe time

A miało być tak pięknie i gładko. Po obrzydliwym Uyuni postanowiliśmy zwiedzić bardziej urokliwe miasto w Boliwii tj. Sucre i ominąć górnicze, zaśmiecone Potosi. Problem polegał jednak na tym, że droga do Sucre wiodła właśnie przez Potosi. Na dworcu autobusowym w Uyuni powiedziano nam, że postój w Potosi nie powinien trwać dłużej niż godzinę, że należy przesiąść się do innego autobusu o tej samej nazwie, który po 3 kolejnych godzinach zawiezie nas do upragnionego Sucre. Już sam wybór przewoźnika był bardzo trudny bo wszyscy oferowali bilet za podobną cenę, o podobnym standardzie (czytaj: bez ubikacji na trasie zajmującej 5-6 godzin) a przewodnik Lonely Planet milczał w tej kwestii (jak i w wielu innych przydatnych kwestiach też). Koniec końców, z tylko 40-minutowym opóźnieniem wyruszyliśmy. Po krótkiej drodze asfaltowej, która zakończyła się tuż za miastem wjechaliśmy na drogę szutrową. Pewnie sobie teraz myślicie „no i co z tego?”. My byliśmy zaniepokojeni bo właśnie tą szutrową drogą jechaliśmy prawie dwie godziny po górach na wysokości 4000 m n.p.m., drogą która miała zaledwie 1,5 pasa a pod nią rozciągała się ogromna przepaść. Co gorsza, nasz autobus stawał co dwadzieścia minut z niewiadomej przyczyny, kierowca wysiadał, potem wsiadał i nic nie mówił. Od czasu do czasu widać było jakieś roboty budowlane tzn. wykopy, urządzenia do umacniania gruntu ale robotników brak, czyli tak jak w Polsce :). Na szczęście po dwóch godzinach wjechaliśmy w nieco szerszą, asfaltową drogę. Uff, jednak pojawił się inny problem, a mianowicie zachciało mi się iść do „baño”. Rozglądam się dookoła, pełno kobiet i dzieci i nikt kurna ani nie pomyśli zapytać kierowcę czy mógłby uprzejmie się zatrzymać. No coż, po trzech godzinach jazdy nie wytrzymałam i ruszyłam do przodu. Najpierw nie mogłam otworzyć drzwi od strony kierowcy ponieważ jak się potem okazało w klitce razem z kierowcą siedziało 6 osob: dwie kobiety, w tym jedna z niemowlęciem, dwóch chłopców i starszy pan! Były to osoby, które nie zmieściły się do środka autobusu i chciały za mniejsze pieniądze dojechać do domu. Uprzejmie wytłumaczyłam kierowcy o co mi chodzi, a on równie uprzejmie powiedział, że za pięć minut będzie krótki postój. Super, wysiedliśmy. Łazienki w okolicy oczywiście nie było, tylko „baño naturale”, jak zresztą prawie w całej Boliwii poza miastem. Pojechaliśmy dalej. Tuż przed Potosi kierowca znowu zatrzymał autobus. Tym razem sprawdzał czy każdy pasażer posiada bilet. W Boliwii bowiem jest taki system, że bilety sprawdza się na samym końcu jazdy, dziwne.

Potosi zaprezentowało się nam tak jak przypuszczaliśmy. Wjazd do miasta to hałdy gruzu wysypywanego z kopalni, obrzydliwe metalowe taśmy i rury prowadzone do kopalń, zaniedbane sklepy i sklepiki, pierwsze niedokończone zabudowania mieszkalne, które wyglądały na opuszczone i górująca nad tym wszystkim statua Jezusa Chrystusa stojącego na wzgórzu z rozpostartymi ramionami (podobna do statuy w Rio de Janeiro tylko o wiele mniejsza). Centrum również nie oferowało niczego przyjemnego dla oka. Gdy dojechaliśmy do dworca autobusowego zapytałam kierowcę gdzie mamy się przesiąść, on wskazał punkt w oddali i powiedział „nuevo platforma”. Ok, poszliśmy zatem na platformę dziewiątą i tam czekaliśmy, czekaliśmy, czekaliśmy. W końcu się zdenerwowałam i poszłam do biura przewoźnika. Tam pani oznajmiła mi, że autobus do Sucre przed chwilą odjechał. Jak to kurna odjechał?! A no tak. To jej mówię, że czekaliśmy przed platformą dziewiątą i żadnego autobusu nie widzieliśmy. Jak się potem okazało autobus do Sucre nie odjeżdżał z platformy dziewiątej tylko z nowego czyli „nueva” dworca autobusowego. Biegiem popędziliśmy do najbliższej taksówki i gazu na nowy dworzec! Tam się rzeczywiście okazało, że autobus do Sucre odjechał a najbliższy będzie za dwie godziny. Szczerze to nam się nie uśmiechało siedzieć kolejnych trzech godzin na dworcu w Potosi nie mając w sumie pewności czy rzeczywiście autobus do Sucre przyjedzie za te dwie godziny. Bo w Ameryce Południowej poczucie czasu jest takie jak w Gruzji, jak pisał Meller w swojej książce Gaumardżos „Georgia maybe time”, czyli może dziś, może jutro, może za dwie godziny, może za cztery a może nigdy, kto wie :). Nie chcąc ryzykować nocnej podróży po Boliwii, olaliśmy bilety zakupione u pierwszego przewoźnika i wgramoliliśmy się do pierwszego rozlatującego się autobusu jadącego do Sucre. Nie powiem, było tanio, ale czy wygodnie? Zajęliśmy ostatnie dwa miejsca siedzące i to na samiutkim końcu. Ja przy miejscowej „cholita” z czteroletnim synkiem na kolanach, a Marcin przy miejscowym „macho”. Zapowiadało się ciekawie! Po drodze kierowca zebrał kolejne 12 osób, które wraz ze swoimi bagażami stały w przejściu uniemożliwiając w ten sposób jakikolwiek ruch. Brakowało tylko kóz, kur i prosiaków :). W dodatku przez te trzy godziny jazdy nikomu ani się nie śniło otworzyć okna. Nie wiem czym to jest spowodowane. Możliwe, że ci ludzie ciągle marzną w swoich domostwach (jak do tej pory w Boliwii nie mieliśmy pokoju z ogrzewaniem) i jedynym ciepłym miejscem aby się ogrzać jest autobus pełen ludzi, albo po prostu nie przeszkadza im wszechobecny smród. Gdy po godzinie braku dopływu świeżego powietrza otworzyłam na chwilę okno, kilka par oczy gniewnie na mnie spojrzało. Nie próbowałam już więcej. Byliśmy jedynymi gringos w autobusie i trzeba było uszanować zwyczaje miejscowych.

Gdy zbliżaliśmy się do Sucre było już ciemno. Już na przedmieściach ludzie zaczęli wysiadać a my za nimi pilnując, aby nie zabrali naszych bagaży. Kradzież bagaży z autobusu jest na porządku dziennym, szczególnie w Boliwii i Peru. Byliśmy zatem przeszczęśliwi jak dojechaliśmy do dworca autobusowego w Sucre. Krótkie targowanie się z taksówkarzem, przyjazd do pensjonatu i upragniony sen.

Następnego dnia wybraliśmy się na zwiedzanie miasta, które okazało się najładniejszym miastem w Boliwii. Sucre jest konstytucyjną stolicą Boliwii a jednocześnie jednym z najstarszych miast założonych przez hiszpańskich konkwistadorów (1538 r). Miasto otoczone jest wzgórzami Churuquella oraz Sica-Sica z krzyżem oświetlającym pobliską okolicę. W centrum można podziwiać przepiękną, zabytkową katedrę, klasztor San Felipe Negri, Casa de la Libertad oraz Palacio de la Glorieta. Nam udało się zarezerwować bardzo przytulny pensjonat w zabytkowej części miasta czyli la Recoleta, z którego roztacza się przepiękna panorama. Idealne miejsce na zasłużony odpoczynek i krótkie weekendowanie po trudach podróży w Boliwijskie góry i pustynie :).

D.

Centrum Sucre

Leniwy strajk na rynku

Widok z naszego pensjonatu

Panorama Sucre

i jeszcze raz nocą

jeden na drugim

znalazł się nawet teatr narodowy

Na targu

jak ten owoc się nazywa, hhhyyy? w każdym razie był brdzo słodki

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 20 kwietnia 2012 w Boliwia

 

Tagi: ,