RSS

Archiwa miesięczne: Maj 2012

Trochę adrenaliny w sercu ekwadorskiej dżungli

Po trzech dniach pobytu w Quito, stolicy Ekwadoru wiedzieliśmy, że musimy stąd uciekać. Typowe latynoamerykańskie miasto, tj. bardzo rozległe, głośne a w dodatku bardzo niebezpieczne. Jeden z gości pensjonatu, w jakim nocowaliśmy opowiedział nam, że jego koleżanka zwiedzając najbardziej turystyczną część miasta (Inglesia de San Francisco) została obrabowana przez trzech młodziaków uzbrojonych w nóż i to na oczach policji turystycznej, która nie zrobiła absolutnie nic! Takie historie w tym mieście są na porządku dziennym, a gringo muszą się mieć ciągle na baczności. Mieliśmy wyjątkowe szczęście, że nam się nic nie stało, choć muszę wam wyznać, że raz niewiele brakowało a otrzymałabym kulkę w przysłowiowy łeb. Chciałam bowiem pouczyć pewnych młodych gnojków jak się powinni zachować w sklepie, tzn. nie wciskać w kolejkę. Ugryzłam się na szczęście w język i w końcu nic im nie powiedziałam, a potem dowiedziałam się od sprzedawcy, że mieli ze sobą pistolety i że to miejscowe bandziory. Uff, czasem warto sobie odpuścić..

W związku z tym, że wyjazd do Polski zbliżał się nieuchronnie a Quito niespecjalnie nam się podobało, postanowiliśmy iść śladami Magdy i Przemka z Careerbreaka (www.careerbreak.pl) i zażyć trochę adrenaliny zjeżdżając po linach zawieszonych w dżungli tzw. „conopy”. W tym celu spakowaliśmy nasze dwa małe plecaki i wyjechaliśmy do Mindo. W tym uroczym miasteczku znajdują się bowiem dwie spółki (Mindo Conopy Adventure oraz Mindo Ropes and Conopy), które oferują zjazdy na metalowych linach zawieszonych w dżungli. Mają tam od 3,500 do 5.000 metrów zawieszonych lin, trasy różnego stopnia trudności, od tych wolniejszych dla dzieci po bardzo szybkie, gdzie człowiek nie ma czasu nawet krzyknąć z przerażenia :).  Gdy dojechaliśmy do Mindo okazało się, że kilka dni wcześniej pewna Amerykanka zabiła się zjeżdżając na jednej z lin należących do spółki Mindo Ropes and Conopy, która się po prostu zerwała :(. Przewodnik, który jej towarzyszył znajdował się w stanie krytycznym w szpitalu. Spółkę, w której zdarzył się wypadek podobno zamknęli, a w drugiej zrobili gruntowną inspekcję.

Ciekawość jednak zwyciężyła i pomaszerowaliśmy w głąb dżungli, aby zobaczyć co za diabeł. Na miejscu okazało się, że oprócz trzech Francuzów jesteśmy jedynymi chętnymi do zjazdów na linach. Dziennikarz z miejscowej gazety przeprowadził nawet z nami krótki wywiad i zrobił kilka fotek, a na koniec życzył szczęścia :). Nie podpisywaliśmy nawet żadnych kwitów, że bierzemy na siebie całą odpowiedzialność na wypadek nieszczęścia. No cóż, można było się tego spodziewać, przecież to Ekwador :). A te zjazdy to był prawdziwy strzał w dziesiątkę! Niezwykła frajda i to w samym sercu ekwadorskiej dżungli :). Najtrudniejszy był pierwszy zjazd bo nie umieliśmy jeszcze odpowiednio złapać liny tak aby nami nie obracało. Potem gdy już trzymaliśmy „pion” to była bułka z masłem. Zjeżdżaliśmy głównie w pozycji klasycznej, czyli z głową w górze, ale do wyboru była także pozycja motyla i supermena, którą zaserwowaliśmy sobie na sam koniec. Niezła zabawa! Gorąco polecamy!

D.

Przygotowania

Pierwszy zjazd

Jak Tarzanka 🙂

Pozycja supermana a raczej superwoman 🙂

Spacerek po dżungli

Zasłużony odpoczynek 🙂

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 31 Maj 2012 w Ekwador

 

Tagi: , ,

Galapagos – kraina niezwykłych zwierząt

Gdy udręczeni trudami podróży po Peru dotarliśmy na Galapagos postanowiliśmy zrobić sobie tam małą przerwę i odpocząć choć przez chwilę od zgiełku panującego w latynoamerykańskich miastach. Miejsce nadawało się na to idealnie. Złociste plaże, turkusowa, ciepła woda, cisza przerywana tylko odgłosami cykad i lokalnych zwierząt.  Również temperatury nam sprzyjały bo mimo, że wyspy Galapagos leżą na równiku to dzięki wpływowi zimnego Prądu Peruwiańskiego panuje tu klimat równikowy chłodny i suchy.

Galapagos jest miejscem niezwykłym bowiem występują tu unikatowe gatunki zwierząt, niespotykane nigdzie indziej, m.in. legwany morskie i lądowe, żółwie słoniowe, pingwiny równikowe, głuptaki niebieskonogie, jaszczurki lawowe. Miejsce to czyni jeszcze ciekawszym fakt, że większość zwierząt nic nie robi sobie z obecności człowieka.  Powszechnym jest widok fok leniwie wylegujących się na ławkach lub chodnikach, czy też pelikanów cierpliwie stojących w kolejce na targu rybnym. Na ten targ zresztą oprócz pelikanów i turystów regularnie przychodziły, a raczej podpływały foki, a pewien legwan przypatrywał się im z daleka. Niezapomniany widok! Kiedy było mi smutno gdy sprawy się nam trochę pokomplikowały (o czym napiszę za chwilę) przychodziłam na ławkę obok targu rybnego i przypatrywałam się jak foki zaczepiały pyszczkiem sprzedawcę ryb domagając się strawy, a z drugiej strony lady pelikany czekały cierpliwie na swoje „5 minut” aby w chwili nieuwagi sprzedawcy wyrwać kawałek mięsa i polecieć w przestworza :).

Na Galapagos przylecieliśmy także z innego powodu. Jest to jedno z najcudowniejszych miejsc do nurkowania! Co prawda prądy morskie są tu niezwykle niebezpieczne (szczególnie na Gordon Rocks o czym przekonała się nasza koleżanka, trafiając do komory dekompresyjnej) i nie ma tu raf koralowych ale takiego dużego skupiska zwierząt w jednym miejscu nie znajdziecie nigdzie na świecie! To tu pierwszy raz ujrzałam rekina młota i wieloryba. To tu podpłynął do mnie rekin rafowy i wywinął się białym brzuszkiem w moją stronę chcąc abym go wyczyściła (oczywiście jak byłam pod wodą to kompletnie nie miałam pojęcia o co mu chodzi, dopiero później nasz dive master uświadomił mnie, że rekin wziął mnie za dużą rybę, która może go wyczyścić :).To tu wreszcie widziałam całe kolonie diabłów morskich, rekinów i fok, które chciały się z nami bawić. Niesamowite co? 🙂 Szczególnie musieliśmy uważać podczas snurklowania w piance bowiem podpływały do nas małe foczki myśląc, że jesteśmy ich rodzicami. Dorosłe zaś foki przyglądały się temu z daleka i w razie potrzeby były gotowe nas pokąsać.

Podczas pierwszych dni pobytu na Galapagos udało się nam także zobaczyć najbardziej znanego ptaka tych wysp a mianowicie głuptaka niebieskonogiego (nazwa tego ptaka bierze się z jego jasnoniebieskich nóżek, poza tym przypomina on dużą mewę), a także miejscowe pingwiny, które dawały nurka z wulkanicznych skał i z szybkością odrzutowca przepływały obok naszych nóg. Z góry, przez warstwę wody wyglądały jak małe batmanki :).

Te błogie dni zostały brutalnie przerwane 6 dnia pobytu na Galapagos gdy Marcin nagle bardzo źle się poczuł. Dostał silnych zawrotów głowy i wymiotował. Lekarz w szpitalu stwierdził przemęczenie oraz szok wywołany nagłą zmianą klimatu. Nie za bardzo byliśmy tym przekonani i tego samego dnia udaliśmy się do prywatnej kliniki. Tam lekarz po długich badaniach powiedział nam, że najprawdopodobniej Marcin doznał uszkodzenia błędnika. Przepisał leki i zakazał podróży łodzią, która była obok samolotu jedynym środkiem transportu po wyspach Galapagos. W kolejnych dniach samopoczucie Marcina tylko nieznacznie uległo poprawie. W związku z tym musieliśmy zrezygnować z dalszych wycieczek i do końca naszego pobytu na Galapagos zostaliśmy uziemieni w mieście Puerto Ayora. Mimo tego bardzo miło wspominamy to miejsce i definitywnie chcemy je jeszcze raz odwiedzić podczas naszej kolejnej podróży dookoła świata :).

D.

Proszę nie przeszkadzać! 🙂

Puerto Ayora – kolejka na targu rybnym

Tortuga Bay na wyspie Santa Cruz

Legwan lądowy

Wyspa Bartolome

Jeden z mieszkańców wyspy Bartolome

Słonie lądowe na wyspie Santa Maria

Odpoczynek po obiedzie 🙂

Przypatrzcie się uważnie, to Scorpion fish!

Kurcze, nie pamiętam jak się nazywa ta rybka ale ma zaledwie 3 cm i chowa się przy każdym ruchu wody

Puerto Ayora

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 20 Maj 2012 w Ekwador

 

Tagi: , , , ,

Niespodzianka na środku pustyni czyli strajk po peruwiańsku

Z Arequipy postanowiliśmy pojechać do Nazca gdzie znajdują się słynne linie obrazujące przeróżne figury geometryczne, zwierzęta i rośliny. Linie te zostały stworzone przez Indian Nazca między rokiem 200 p.n.e. (według najnowszych badań) a 650 n.e. i swoim bardzo dobrze zachowanym kształtem zachwycają do dziś. Co ciekawe linie nie są, jak na początku myśleliśmy, wyryte w skale. Indianie sporządzili je poprzez ustawianie większych kamieni i odgarnianie czerwonego żwiru odsłaniając tym jaśniejszą ziemię. W ten sposób powstało zagłębienie, które przeciętnie ma jakieś 3 cm głębokości i ok. 40 cm szerokości. Najdłuższa linia ma kilkanaście kilometrów długości i jest idealnie prosta. Co ciekawe linie są czyszczone samoistnie przez wiatr, który przesuwa drobne kamyczki z powierzchni linii i w ten sposób regularnie odkrywa jaśniejszą glebę. Linie nie są także niszczone przez spływającą z gór wodę bowiem zostały umiejscowione na wyżej położonej powierzchni. Gdy pada tu deszcz (co jest niezwykle rzadkim zjawiskiem) woda spływa dokładnie obok linii, nie niszcząc zarysu utworzonych przez linie figur. To daje nam tylko niewielkie wyobrażenie z jak niezwykle mądrą cywilizacją mamy do czynienia. Niesamowite jest to, że Indianom udało się ułożyć linie tak aby przedstawiały one rysunki 93 metrowej małpy z zakręconym ogonem, pająka z 40 metrowymi odnóżami, kondora o przekroju 120 metrów i wielu innych zwierząt. Podobno Indianie do utworzenia tych rysunków wykorzystywali kawałki lin i obliczenia matematyczne. Podobne obliczenia matematyczne zostały wykorzystane wiele lat później przez niemiecką uczoną Marię Reicher, która jako pierwsza odkryła rysunki na powierzchni ziemi. Należy zaznaczyć, że linie Nazca są absolutnie niewidoczne z powierzchni ziemi (co nota bene przyczyniło się do ich częściowego zniszczenia przez człowieka budującego na tym terenie drogę). Można je zobaczyć z wysokiej platformy, wzgórza a najlepiej z lotu ptaka. Najbardziej jednak nurtująca jest teoria powstania tych linii.  Według najbardziej powszechnego poglądu linie stanowiły rodzaj kultu ówczesnym bogom. Według natomiast Paula Kosoka i Marii Reiche, linie związane są z prowadzonymi przez Indian obserwacjami astronomicznymi wykorzystywanymi do określania pory siewu i zbiorów. Niektóre linie bowiem pokrywają się z orbitalnym ruchem gwiazd, a gigantyczne kontury zwierząt wiernie odzwierciedlają gwiazdozbiory. Pojawiła się nawet teoria, że linie służyły nawadnianiu okolicznych, suchych terenów zajmowanych przez Indian. Najbardziej jednak ciekawą teorią jest teoria wysnuta przez szwajcarskiego pisarza Ericha von Däniken, który twierdzi, że linie były lądowiskiem dla przybyszów z kosmosu :).

Porzucę jednak temat linii Nazca i przejdę do bardziej życiowego wątku naszej podróży. Do Nazca z Arequipy prowadziła tylko jedna droga tj. Panamericana Sur. W związku z tym, że droga ta przebiega przez pustynię (a więc widoki są raczej monotonne) wybraliśmy nocny autobus w zachwalanej przez wszystkich firmie Cruz del Sur. Podróż miała trwać tylko 10 godzin. Kto by pomyślał, że będzie trwała aż 45! Zaczęło się w środku nocy, autobus nagle stanął. Nikt się tym początkowo nie przejął bowiem znajdowaliśmy się w Peru a tu wszystko jest możliwe. Wróciliśmy zatem pod nasze kocyki aby oddać się objęciom Morfeusza. Przebudziła nas jednak okropna duchota panująca w autobusie. Postanowiliśmy wyjrzeć na zewnątrz i zobaczyć co się stało. Przed nami i za nami stał rząd innych autobusów, ciężarówek i samochodów osobowych. W oddali jakieś bębnienie i okrzyki. Po chwili dowiedzieliśmy się, że droga została zablokowana przez strajkujących górników, którzy domagają się wyższych płac oraz zmniejszeniu ilości wywożonych z krajów surowców mineralnych. Powiedziano nam również, że strajk nie powinien potrwać dłużej niż kilka godzin. Mieliśmy wyjątkowe szczęście, że nasz autobus stanął dokładnie na początku niewielkiego miasteczka. Dzięki temu mogliśmy kupić żywność i wodę na cały dzień. Inni nie byli w tak komfortowej sytuacji. Niektóre ciężarówki utknęły 20 km za miastem, na środku pustyni. Tam kierowcy raczyli się mandarynkami i ananasami przewożonymi na pace. W południe, czyli po 12 godzinach postoju zaczęliśmy się niepokoić. Okazało się bowiem, że na Panamericana Sur znajduje się nie jedna ale cztery blokady tj. trzy przed nami i jedna za nami, także nasz autobus został pozbawiony możliwości powrotu do Arequipy gdzie znajdował się najbliższy port lotniczy. Nam oraz czterem innym osobom bardzo zależało na szybkim dostaniu się do Limy bowiem mieliśmy wykupione bilety lotnicze na sobotni lot na Galapagos. Większość jednak pasażerów nigdzie się nie spieszyła i postanowiła skorzystać z uroków otaczającego ich pustynnego krajobrazu. Pierwsi jeszcze przed godziną 12:00 po piwo sięgneli Anglicy, potem Australijczycy a potem do imprezy dołączyli już wszyscy.Godziny upływały i nic się nie zmieniało. Gorąc i smród jaki panował w autobusie (kierowca wyłączył klimatyzację aby nie tracić cennego paliwa) uniemożliwiał przebywanie w nim. Każdy szukał kawałek cienia aby uciec przed piekącym słońcem. Zapasy żywności i wody zaczęły się kończyć.  Piwo już nie pomagało. Powoli każdemu puszczały nerwy. Pojawiły się pierwsze kłótnie i przepychanki… Sen w tych warunkach był niemożliwy. Na dodatek, po zmroku, z przyczyn bezpieczeństwa zostaliśmy wszyscy zamknięci w autobusie.  Kierowca obawiał się, że ktoś z pasażerów może zostać pobity przez strajkujących. Podobno takie incydenty zdarzały się w przeszłości. Tuż przed północą wiedzieliśmy, że dłużej tak nie wytrzymamy. Postanowiliśmy z samego rana zabrać plecaki i spróbować na własną rękę dostać się do Nazca. Po kolejnych kilku godzinach udało się nam zasnąć. Od czasu do czasu byliśmy wyrywani ze snu przez pijanych strajkujących, którzy walili w nasz autobus i coś tam krzyczeli. Niektórzy pali ogniska blisko autobusów aby utrudnić pasażerom sen..prawdziwy koszmar!

Nie wiem czy udało się nam przespać trzy a może cztery godziny ale o świcie poprosiliśmy kierowcę o nasze bagaże, podpisaliśmy dokument, że na własną odpowiedzialność oddalamy się od autobusu i ruszyliśmy przed siebie. Razem z nami wyruszyło siedem osób, które Marcin poznał jeszcze w kanionie Colca. Pierwsza, najbliższa blokada była bułką z masłem. Strajkujący się z nas śmiali ale nikt nie odważył się nas zaczepić. Na końcu miasteczka udało się nam znaleźć transport. Mieliśmy wyjątkowe szczęście bowiem akurat wtedy gdy szliśmy jeden z samochodów postanowił zawrócić. Innego transportu w postaci collectivos czy taksówki nie było widać. Po 1,5-godzinnej jeździe z plecakami na kolanach znaleźliśmy się przed kolejnym miasteczkiem, które było zablokowane. Kierowca auta, którym jechaliśmy nie chciał podjechać bliżej blokady bowiem obawiał się ataków strajkujących, którzy niechętnie patrzyli na jakikolwiek środek transportu. Byliśmy zatem zmuszeni przejść jakieś 3 km na pieszo. Jedyny plus był taki, że zaopatrzyliśmy się w wodę w pobliskim sklepiku oraz wypłaciliśmy pieniądze w jedynym na przestrzeni 500 km bankomacie. Z gotówką w kieszeni wiedzieliśmy już, że tego dnia uda nam się dojechać do Nazca, kwestia tylko za ile J. Druga mijana blokada była znacznie większa i groźniejsza. Tłum był wyraźnie zmęczony i poirytowany tym, że nikt z rządu nie przyjechał ich wysłuchać. Nie chcąc utracić aparatu fotograficznego nie robiliśmy tam żadnych zdjęć. A szkoda bo mielibyśmy co pokazywać. Za blokadą klasyczny obrazek: rząd autobusów i ciężarówek i mnóstwo zmęczonych pasażerów łaknących rzetelnych informacji. Powiedzieliśmy im, że ta blokada to nie koniec i szkoda ich cennego czasu na stanie w tym gigantycznym korku. Na transport nie musieliśmy długo czekać. Okoliczni mieszkańcy postanowili sobie dorobić na tym zamieszaniu i kursowali z jednego miasteczka do drugiego. Tym razem droga trwała dwie godziny. Kierowca wysadził nas przed trzecią blokadą, która okazała się najdłuższa (ok. 10 km w postaci rozrzuconych na asfalcie kamieni, pni, przewróconych słupów i rozłożonych na ziemi strajkujących), a także najtrudniejsza bo pod górkę. Po godzinie marszu byłam wykończona. Nie byłam w stanie nieść mojego dużego plecaka, także Marcin dzielnie wziął go na swoje bary a mnie dał mniejszy. I tak było mi ciężko. Raz po raz się zatrzymywaliśmy. W połowie drogi głód był nie do zniesienia i poprosiliśmy kierowcę jednej z ciężarówek o kilka mandarynek i ananasa. Za naszym przykładem poszli inni. Uczta była nieziemskaJ Po kolejnej godzinie marszu zauważyliśmy jakiś prześwit między ciężarówkami. Czyżby to był koniec? Tak!! Dwa minibusy podążały w naszym kierunku. Wsiedliśmy do nich i po jakiejś półtora godzinie znaleźliśmy się w Nazca.

D.

Początek zadymy

Kamienna droga

Kilometry zablokowanych samochodów

Marsz przez zablokowane ulice

Strajk na środku pustyni

Nasza ekipa

Najdłuższa linia w Nasca

Nasca – rysunek dłoni

Nasca- rysunek drzewa

Wiecej zdjec z blokady, z Nasca, z Limy

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 11 Maj 2012 w Peru

 

Tagi: , , ,