RSS

Galapagos – kraina niezwykłych zwierząt

Gdy udręczeni trudami podróży po Peru dotarliśmy na Galapagos postanowiliśmy zrobić sobie tam małą przerwę i odpocząć choć przez chwilę od zgiełku panującego w latynoamerykańskich miastach. Miejsce nadawało się na to idealnie. Złociste plaże, turkusowa, ciepła woda, cisza przerywana tylko odgłosami cykad i lokalnych zwierząt.  Również temperatury nam sprzyjały bo mimo, że wyspy Galapagos leżą na równiku to dzięki wpływowi zimnego Prądu Peruwiańskiego panuje tu klimat równikowy chłodny i suchy.

Galapagos jest miejscem niezwykłym bowiem występują tu unikatowe gatunki zwierząt, niespotykane nigdzie indziej, m.in. legwany morskie i lądowe, żółwie słoniowe, pingwiny równikowe, głuptaki niebieskonogie, jaszczurki lawowe. Miejsce to czyni jeszcze ciekawszym fakt, że większość zwierząt nic nie robi sobie z obecności człowieka.  Powszechnym jest widok fok leniwie wylegujących się na ławkach lub chodnikach, czy też pelikanów cierpliwie stojących w kolejce na targu rybnym. Na ten targ zresztą oprócz pelikanów i turystów regularnie przychodziły, a raczej podpływały foki, a pewien legwan przypatrywał się im z daleka. Niezapomniany widok! Kiedy było mi smutno gdy sprawy się nam trochę pokomplikowały (o czym napiszę za chwilę) przychodziłam na ławkę obok targu rybnego i przypatrywałam się jak foki zaczepiały pyszczkiem sprzedawcę ryb domagając się strawy, a z drugiej strony lady pelikany czekały cierpliwie na swoje „5 minut” aby w chwili nieuwagi sprzedawcy wyrwać kawałek mięsa i polecieć w przestworza :).

Na Galapagos przylecieliśmy także z innego powodu. Jest to jedno z najcudowniejszych miejsc do nurkowania! Co prawda prądy morskie są tu niezwykle niebezpieczne (szczególnie na Gordon Rocks o czym przekonała się nasza koleżanka, trafiając do komory dekompresyjnej) i nie ma tu raf koralowych ale takiego dużego skupiska zwierząt w jednym miejscu nie znajdziecie nigdzie na świecie! To tu pierwszy raz ujrzałam rekina młota i wieloryba. To tu podpłynął do mnie rekin rafowy i wywinął się białym brzuszkiem w moją stronę chcąc abym go wyczyściła (oczywiście jak byłam pod wodą to kompletnie nie miałam pojęcia o co mu chodzi, dopiero później nasz dive master uświadomił mnie, że rekin wziął mnie za dużą rybę, która może go wyczyścić :).To tu wreszcie widziałam całe kolonie diabłów morskich, rekinów i fok, które chciały się z nami bawić. Niesamowite co? 🙂 Szczególnie musieliśmy uważać podczas snurklowania w piance bowiem podpływały do nas małe foczki myśląc, że jesteśmy ich rodzicami. Dorosłe zaś foki przyglądały się temu z daleka i w razie potrzeby były gotowe nas pokąsać.

Podczas pierwszych dni pobytu na Galapagos udało się nam także zobaczyć najbardziej znanego ptaka tych wysp a mianowicie głuptaka niebieskonogiego (nazwa tego ptaka bierze się z jego jasnoniebieskich nóżek, poza tym przypomina on dużą mewę), a także miejscowe pingwiny, które dawały nurka z wulkanicznych skał i z szybkością odrzutowca przepływały obok naszych nóg. Z góry, przez warstwę wody wyglądały jak małe batmanki :).

Te błogie dni zostały brutalnie przerwane 6 dnia pobytu na Galapagos gdy Marcin nagle bardzo źle się poczuł. Dostał silnych zawrotów głowy i wymiotował. Lekarz w szpitalu stwierdził przemęczenie oraz szok wywołany nagłą zmianą klimatu. Nie za bardzo byliśmy tym przekonani i tego samego dnia udaliśmy się do prywatnej kliniki. Tam lekarz po długich badaniach powiedział nam, że najprawdopodobniej Marcin doznał uszkodzenia błędnika. Przepisał leki i zakazał podróży łodzią, która była obok samolotu jedynym środkiem transportu po wyspach Galapagos. W kolejnych dniach samopoczucie Marcina tylko nieznacznie uległo poprawie. W związku z tym musieliśmy zrezygnować z dalszych wycieczek i do końca naszego pobytu na Galapagos zostaliśmy uziemieni w mieście Puerto Ayora. Mimo tego bardzo miło wspominamy to miejsce i definitywnie chcemy je jeszcze raz odwiedzić podczas naszej kolejnej podróży dookoła świata :).

D.

Proszę nie przeszkadzać! 🙂

Puerto Ayora – kolejka na targu rybnym

Tortuga Bay na wyspie Santa Cruz

Legwan lądowy

Wyspa Bartolome

Jeden z mieszkańców wyspy Bartolome

Słonie lądowe na wyspie Santa Maria

Odpoczynek po obiedzie 🙂

Przypatrzcie się uważnie, to Scorpion fish!

Kurcze, nie pamiętam jak się nazywa ta rybka ale ma zaledwie 3 cm i chowa się przy każdym ruchu wody

Puerto Ayora

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 20 Maj 2012 w Ekwador

 

Tagi: , , , ,

Niespodzianka na środku pustyni czyli strajk po peruwiańsku

Z Arequipy postanowiliśmy pojechać do Nazca gdzie znajdują się słynne linie obrazujące przeróżne figury geometryczne, zwierzęta i rośliny. Linie te zostały stworzone przez Indian Nazca między rokiem 200 p.n.e. (według najnowszych badań) a 650 n.e. i swoim bardzo dobrze zachowanym kształtem zachwycają do dziś. Co ciekawe linie nie są, jak na początku myśleliśmy, wyryte w skale. Indianie sporządzili je poprzez ustawianie większych kamieni i odgarnianie czerwonego żwiru odsłaniając tym jaśniejszą ziemię. W ten sposób powstało zagłębienie, które przeciętnie ma jakieś 3 cm głębokości i ok. 40 cm szerokości. Najdłuższa linia ma kilkanaście kilometrów długości i jest idealnie prosta. Co ciekawe linie są czyszczone samoistnie przez wiatr, który przesuwa drobne kamyczki z powierzchni linii i w ten sposób regularnie odkrywa jaśniejszą glebę. Linie nie są także niszczone przez spływającą z gór wodę bowiem zostały umiejscowione na wyżej położonej powierzchni. Gdy pada tu deszcz (co jest niezwykle rzadkim zjawiskiem) woda spływa dokładnie obok linii, nie niszcząc zarysu utworzonych przez linie figur. To daje nam tylko niewielkie wyobrażenie z jak niezwykle mądrą cywilizacją mamy do czynienia. Niesamowite jest to, że Indianom udało się ułożyć linie tak aby przedstawiały one rysunki 93 metrowej małpy z zakręconym ogonem, pająka z 40 metrowymi odnóżami, kondora o przekroju 120 metrów i wielu innych zwierząt. Podobno Indianie do utworzenia tych rysunków wykorzystywali kawałki lin i obliczenia matematyczne. Podobne obliczenia matematyczne zostały wykorzystane wiele lat później przez niemiecką uczoną Marię Reicher, która jako pierwsza odkryła rysunki na powierzchni ziemi. Należy zaznaczyć, że linie Nazca są absolutnie niewidoczne z powierzchni ziemi (co nota bene przyczyniło się do ich częściowego zniszczenia przez człowieka budującego na tym terenie drogę). Można je zobaczyć z wysokiej platformy, wzgórza a najlepiej z lotu ptaka. Najbardziej jednak nurtująca jest teoria powstania tych linii.  Według najbardziej powszechnego poglądu linie stanowiły rodzaj kultu ówczesnym bogom. Według natomiast Paula Kosoka i Marii Reiche, linie związane są z prowadzonymi przez Indian obserwacjami astronomicznymi wykorzystywanymi do określania pory siewu i zbiorów. Niektóre linie bowiem pokrywają się z orbitalnym ruchem gwiazd, a gigantyczne kontury zwierząt wiernie odzwierciedlają gwiazdozbiory. Pojawiła się nawet teoria, że linie służyły nawadnianiu okolicznych, suchych terenów zajmowanych przez Indian. Najbardziej jednak ciekawą teorią jest teoria wysnuta przez szwajcarskiego pisarza Ericha von Däniken, który twierdzi, że linie były lądowiskiem dla przybyszów z kosmosu :).

Porzucę jednak temat linii Nazca i przejdę do bardziej życiowego wątku naszej podróży. Do Nazca z Arequipy prowadziła tylko jedna droga tj. Panamericana Sur. W związku z tym, że droga ta przebiega przez pustynię (a więc widoki są raczej monotonne) wybraliśmy nocny autobus w zachwalanej przez wszystkich firmie Cruz del Sur. Podróż miała trwać tylko 10 godzin. Kto by pomyślał, że będzie trwała aż 45! Zaczęło się w środku nocy, autobus nagle stanął. Nikt się tym początkowo nie przejął bowiem znajdowaliśmy się w Peru a tu wszystko jest możliwe. Wróciliśmy zatem pod nasze kocyki aby oddać się objęciom Morfeusza. Przebudziła nas jednak okropna duchota panująca w autobusie. Postanowiliśmy wyjrzeć na zewnątrz i zobaczyć co się stało. Przed nami i za nami stał rząd innych autobusów, ciężarówek i samochodów osobowych. W oddali jakieś bębnienie i okrzyki. Po chwili dowiedzieliśmy się, że droga została zablokowana przez strajkujących górników, którzy domagają się wyższych płac oraz zmniejszeniu ilości wywożonych z krajów surowców mineralnych. Powiedziano nam również, że strajk nie powinien potrwać dłużej niż kilka godzin. Mieliśmy wyjątkowe szczęście, że nasz autobus stanął dokładnie na początku niewielkiego miasteczka. Dzięki temu mogliśmy kupić żywność i wodę na cały dzień. Inni nie byli w tak komfortowej sytuacji. Niektóre ciężarówki utknęły 20 km za miastem, na środku pustyni. Tam kierowcy raczyli się mandarynkami i ananasami przewożonymi na pace. W południe, czyli po 12 godzinach postoju zaczęliśmy się niepokoić. Okazało się bowiem, że na Panamericana Sur znajduje się nie jedna ale cztery blokady tj. trzy przed nami i jedna za nami, także nasz autobus został pozbawiony możliwości powrotu do Arequipy gdzie znajdował się najbliższy port lotniczy. Nam oraz czterem innym osobom bardzo zależało na szybkim dostaniu się do Limy bowiem mieliśmy wykupione bilety lotnicze na sobotni lot na Galapagos. Większość jednak pasażerów nigdzie się nie spieszyła i postanowiła skorzystać z uroków otaczającego ich pustynnego krajobrazu. Pierwsi jeszcze przed godziną 12:00 po piwo sięgneli Anglicy, potem Australijczycy a potem do imprezy dołączyli już wszyscy.Godziny upływały i nic się nie zmieniało. Gorąc i smród jaki panował w autobusie (kierowca wyłączył klimatyzację aby nie tracić cennego paliwa) uniemożliwiał przebywanie w nim. Każdy szukał kawałek cienia aby uciec przed piekącym słońcem. Zapasy żywności i wody zaczęły się kończyć.  Piwo już nie pomagało. Powoli każdemu puszczały nerwy. Pojawiły się pierwsze kłótnie i przepychanki… Sen w tych warunkach był niemożliwy. Na dodatek, po zmroku, z przyczyn bezpieczeństwa zostaliśmy wszyscy zamknięci w autobusie.  Kierowca obawiał się, że ktoś z pasażerów może zostać pobity przez strajkujących. Podobno takie incydenty zdarzały się w przeszłości. Tuż przed północą wiedzieliśmy, że dłużej tak nie wytrzymamy. Postanowiliśmy z samego rana zabrać plecaki i spróbować na własną rękę dostać się do Nazca. Po kolejnych kilku godzinach udało się nam zasnąć. Od czasu do czasu byliśmy wyrywani ze snu przez pijanych strajkujących, którzy walili w nasz autobus i coś tam krzyczeli. Niektórzy pali ogniska blisko autobusów aby utrudnić pasażerom sen..prawdziwy koszmar!

Nie wiem czy udało się nam przespać trzy a może cztery godziny ale o świcie poprosiliśmy kierowcę o nasze bagaże, podpisaliśmy dokument, że na własną odpowiedzialność oddalamy się od autobusu i ruszyliśmy przed siebie. Razem z nami wyruszyło siedem osób, które Marcin poznał jeszcze w kanionie Colca. Pierwsza, najbliższa blokada była bułką z masłem. Strajkujący się z nas śmiali ale nikt nie odważył się nas zaczepić. Na końcu miasteczka udało się nam znaleźć transport. Mieliśmy wyjątkowe szczęście bowiem akurat wtedy gdy szliśmy jeden z samochodów postanowił zawrócić. Innego transportu w postaci collectivos czy taksówki nie było widać. Po 1,5-godzinnej jeździe z plecakami na kolanach znaleźliśmy się przed kolejnym miasteczkiem, które było zablokowane. Kierowca auta, którym jechaliśmy nie chciał podjechać bliżej blokady bowiem obawiał się ataków strajkujących, którzy niechętnie patrzyli na jakikolwiek środek transportu. Byliśmy zatem zmuszeni przejść jakieś 3 km na pieszo. Jedyny plus był taki, że zaopatrzyliśmy się w wodę w pobliskim sklepiku oraz wypłaciliśmy pieniądze w jedynym na przestrzeni 500 km bankomacie. Z gotówką w kieszeni wiedzieliśmy już, że tego dnia uda nam się dojechać do Nazca, kwestia tylko za ile J. Druga mijana blokada była znacznie większa i groźniejsza. Tłum był wyraźnie zmęczony i poirytowany tym, że nikt z rządu nie przyjechał ich wysłuchać. Nie chcąc utracić aparatu fotograficznego nie robiliśmy tam żadnych zdjęć. A szkoda bo mielibyśmy co pokazywać. Za blokadą klasyczny obrazek: rząd autobusów i ciężarówek i mnóstwo zmęczonych pasażerów łaknących rzetelnych informacji. Powiedzieliśmy im, że ta blokada to nie koniec i szkoda ich cennego czasu na stanie w tym gigantycznym korku. Na transport nie musieliśmy długo czekać. Okoliczni mieszkańcy postanowili sobie dorobić na tym zamieszaniu i kursowali z jednego miasteczka do drugiego. Tym razem droga trwała dwie godziny. Kierowca wysadził nas przed trzecią blokadą, która okazała się najdłuższa (ok. 10 km w postaci rozrzuconych na asfalcie kamieni, pni, przewróconych słupów i rozłożonych na ziemi strajkujących), a także najtrudniejsza bo pod górkę. Po godzinie marszu byłam wykończona. Nie byłam w stanie nieść mojego dużego plecaka, także Marcin dzielnie wziął go na swoje bary a mnie dał mniejszy. I tak było mi ciężko. Raz po raz się zatrzymywaliśmy. W połowie drogi głód był nie do zniesienia i poprosiliśmy kierowcę jednej z ciężarówek o kilka mandarynek i ananasa. Za naszym przykładem poszli inni. Uczta była nieziemskaJ Po kolejnej godzinie marszu zauważyliśmy jakiś prześwit między ciężarówkami. Czyżby to był koniec? Tak!! Dwa minibusy podążały w naszym kierunku. Wsiedliśmy do nich i po jakiejś półtora godzinie znaleźliśmy się w Nazca.

D.

Początek zadymy

Kamienna droga

Kilometry zablokowanych samochodów

Marsz przez zablokowane ulice

Strajk na środku pustyni

Nasza ekipa

Najdłuższa linia w Nasca

Nasca – rysunek dłoni

Nasca- rysunek drzewa

Wiecej zdjec z blokady, z Nasca, z Limy

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 11 Maj 2012 w Peru

 

Tagi: , , ,

W krainie kondorów

Kolejnym punktem naszej wyprawy po Peru było białe miasto (La Ciudad Blanca) czyli Arequipa. Miasto to nazwane jest białym ponieważ zbudowane jest głównie z białych, powulkanicznych skał zwanych „sillar”. Aby uczynić pobyt w Arequipie bardziej interesującym zarezerwowaliśmy sobie 3 noce w Casa de Sillar, który zrobiony jest właśnie z sillar. Po pierwszym dniu zwiedzania tego miasta wiedziałem, że będę się tu nudził i postanowiłem pojechać do pobliskiego Kanionu Colca. Diana zdecydowała się zostać w Arequipie aby trochę odpocząć i delektować się miejscową kuchnią oraz kawa serwowana w uroczych knajpach na calle Catalina.

Pobudka o 5:00 i spacer z latarką ulicami jeszcze uśpionej Arequipy na przystanek płatnej okazji „colectivos”. O 5:30 byłem już na dworcu autobusowym i zgodnie ze wskazówkami otrzymanymi w informacji turystycznej w jednej z firm przewozowych próbowałem kupić bilet na autobus do Cabacaconde, który miał odjeżdżać o 6:00. Na miejscu okazało się, że autobus odjeżdża dwie godziny później. No tak, mogłem się tego domyśleć,  przecież jestem w Peru! Po chwili zastanowienia wsiadłem  do autobusu odjeżdżającego o 6:00 do Chivay, miasta położonego w połowie drogi do Cabanconde, z nadzieją, że tam złapie jakiegoś stopa dalej.  Powoli opuszczałem Arequipę mijając górujący nad nią pięknie stożkowaty wulkan El Misti (6075m n.p.m.). Z Arequipy położonej na wysokości 2335m n.p.m autobus wdrapał się na wysokość ponad 4000m n.p.m. a krajobrazy zmieniały się w księżycowe. Widoczność była wspaniała, z góry widać było linię brzegową z Pacyfikiem. Po czterech godzinach jazdy z księżycowych równin wyłoniła się potężna zielona dolina, a droga prowadziła serpentynami już cały czas w dół. Powoli zbliżaliśmy się do Chivay, miasta położonego na samym początku kanionu Colca . W tym miejscu kanion raczej przypomina szeroką dolinę, której zbocza są zagospodarowane przez pola uprawne, niż głęboki kanion.  W Chivay szybko okazało się, że „colectivos” tu nie jeżdżą, a jedyny autobus do Cabancondes to ten, który opuścił Arequipe o godzinie 8:00. Pozostałe dwie godziny spędziłem na śniadaniu i zaopatrywaniu się w prowiant potrzebny na dwu dniowy trekking. Do Cabancondes dojechałem spóźniony 3 godziny w stosunku do pierwotnego planu, więc aby nie ryzykować chodzenia po nocy musiałem zmienić zaplanowaną trasę i rozpocząć trekking od końca, tak aby dotrzeć do osady Sangalle el Oasis przed zmrokiem. Decyzja była bardzo dobra, bo dodatkowo udało mi się uniknąć wycieczek i mogłem się cieszyć samotnością. Po wyjściu z autobusu dopadła mnie strażniczka parku i ku mojemu zadowoleniu wręczyła mi studencki bilet wstępu. No cóż nie oponowałem, był dwa razy tańszy a ja musiałem trochę wymłodnieć podczas tej podróży J. Z Cabancondes położonego na wysokości 3287 m n.p.m. musiałem zejść do Sangalle el Oasis położonego 1100 m niżej. Kanion Colca przez wiele lat był uważany za najgłębszy kanion świata (3191m), po ostatnich badania okazało się jednak, że położony obok kanion Cotahuasi jest od niego głębszy o 150 m. Spoglądając z góry, Cañón del Colca nie zrobił na mnie tak wielkiego wrażenia jak  kanion Colorado, który jest dwa razy płytszy, ale jego bardzo strome zbocza i szerokość robią znacznie większe wrażenie. Po prostu jedziesz po płaskiej powierzchni i dojeżdżasz do ogromnej dziury w ziemi. A kanion Colca to taka trochę bardziej stroma, wąska i głęboka dolina. Jak się okazało zejście na dół zajęło mi około 3 godzin. Schodząc w dół widziałem mikroskopijną osadę Oasis wraz z jej słynnymi basenami, a ponieważ schodziłem mocno nasłonecznionym zboczem, chęć wskoczenia do nich dodawała mi sił i pchała naprzód. Na dole okazało się, że to rzeczywiście oaza, totalna zmiana roślinności, palmy, bananowce i wiele drzew z pięknymi dużymi, białymi kwiatami. Basenów też było więcej niż było je widać z góry, a każdy z nich należał do innego hostelu. Szybko wybrałem ten z największym i jeszcze nasłonecznionym basenem. Nazywał się Eden, a przywitał mnie w nim bardzo miły Indianin o typowym indiańskim imieniu Thomas. Po zrzuceniu plecaka w 4-osobowej lepiance z oknami z babusa, z największym impetem, na jaki miałem jeszcze siłę, wskoczyłem do basenu zasilanego strumieniem, który był jednym z dopływów rzeki Colca. Dopełnieniem było pytanie Thomasa „Quiere Usted cervesa?”. Oj tak, piwo nigdy nie smakowało lepiej! W świetle zachodzącego słońca leżałem sobie sam w ogromnym basenie na dnie prawie najgłębszego kanionu na świecie, popijałem zimne piwko „Arequipeña” i patrzyłem się wysoko w górę oglądającm kondory robiące leniwe kółka na niebie. Życie jest takie wspaniałe! Jak będą mi kiedyś robić zastrzyk, albo borować w zębie to wspomnę tą chwilę 🙂

Następnego dnia wstałem ponownie około 5:00 . Aby zrealizować plan tego dnia czekało mnie jakieś 10 godzin trekkingu ze stromym wyjściem z kanionu. Z Oasis wyszedłem o świcie, przeszedłem most i razem ze wstającym słońcem zacząłem się wspinać na przeciwległe zbocze kanionu. Po jakimś czasie dotarłem do wioski Malata, położonej o 500 m wyżej od Oasis. Była już 9:00 a wioska wyglądała na wymarłą, nawet psa nie było słychać. Szedłem główną ścieżką w wiosce, która składała się z kilkudziesięciu lepianek częściej pokrytych stalową, falistą blachą niż typową, słomianą strzechą. Niektóre z nich miały anteny satelitarne i wielkie stalowe beczki na dachu z napisem „solar shower”. No tak, będąca w nich woda nagrzewała się w ciągu dnia i wieczorem był ciepły prysznic. W Malata znajdował się także maszt sieci komórkowej i kilka latarni. zaraz zastanawiałem się skąd anteny, maszt i latarnie u licha mają tu prąd? Patrzę w górę i widzę kabel przeciągnięty centralnie nad kanionem, zapewne z Cabancondes. Zaraz potem przeszedłem jeszcze jedną wioskę Cosnirhua. W jej centralnym miejscu, zamiast placu i kościoła, znajdowało się o dziwo boisko do koszykówki. Także i ta wioska była jeszcze uśpiona a ja miałem nadzieję na drugie śniadanie. Gdy po wyjściu z wioski zobaczyłem kaktusa z dojrzałymi owocami opuncji, natychmiast się na niego rzuciłem. Opuncje są pyszne, soczyste i słodkie, trzeba tylko delikatnie się do nich dobrać, aby się nie pokłuć. Najlepsze są te czerwone, potem żółte i zielone. Po drugim śniadaniu ruszyłem dalej i po kolejnej godzinie byłem już w kolejnej wiosce Tapay leżącej u stóp wulkanu Nevado Bomboya, którego szczyt był pokryty białą czapą. Po dość szybkim przejściu przez Tapay ruszyłem w dół do wioski San Juan de Chucche, gdzie w pierwszym napotkanym domu załapałem się na lunch. Po krótkim odpoczynku, w towarzystwie żony i córki gospodarza ruszyłem na dół w stronę mostu i szlaku powrotnego do Cobanconde. Jak się dowiedziałem od gospodarza większość ludzi żyje tu głównie z turystyki. Zwyczaje tu są takie, że mąż zajmuje się obsługą turystów w swoim gospodarstwie, a żona z wielkim tobołkiem idzie na szlak i sprzedaje turystom bibeloty. Na moście drogi nasze się rozeszły i sam ruszyłem dalej w górę. Po 4 godzinach marszu dogonił mnie idący wraz z wyładowanymi mułami Indianin o typowym indiańskim imieniu Dawid i zaprosił mnie do wspólnego marszu. O zmroku doszedłem do Cabanaconde, a czas szybko mi zleciał podczas rozmowy z Dawidem. On opowiadał mi o codziennym życiu indiańskiego rolnika w kanionie, a ja opowiadałem mu o odległej krainie Piastów.

Kolejnego dnia ponownie wstałem z samego rana i tym razem ruszyłem do Cruz del Condor, miejsca oddalonego o kilkanaście kilometrów od Cabaconde, znajdującego się na zachodniej krawędzi kanionu tuż powyżej małych jaskini, w których mieszkają kondory. Bardzo chciałem je zobaczyć, bo kondory to największe latające ptaki, rozpiętość ich skrzydeł to ponad 3 metry, ważą okolo 15 kg i są tak ciężkie, że z płaskiej powierzchni nie byłyby w stanie wzbić się w powietrze. Właśnie dlatego zbocza głębokiego kanionu są dla nich idealnym domem. Do Cruz del Condor dojechałem jako jeden z pierwszych, potem już było tylko gorzej. Miejsce to jest głównym punktem wszystkich obwoźnych wycieczek, więc pełno ludzi, no i jeszcze do tego „ciupaga”, czyli miejscowe panie wciskające przeróżne bibeloty. Po godzinie wyczekiwania, wyostrzania wzroku, w końcu pokazały się w oddali dwa pierwsze kondory. Jeden z nich był nawet tak miły, że przyleciał na pobliski kamień jakieś 5 metrów ode mnie na sesję zdjęciową.  Potem było ich coraz więcej, zupełnie nie bały się nadciągających tłumów. Wręcz przeciwnie, zaczynały nam latać nad głowami. Zupełnie jak jakieś bombowce, które leniwie krążą a potem ostro się zniżają i robią zrzut. Mnie się upiekło i nic na mnie nie spadło, a kondory dopełniły wrażeń w bardzo zielonej krainie Colca.

M.

Katedra w Arequipie

Widok na Kanion Colca z Cabanconde

Widok na Tapay i wulkan Nevado Bomboya

Rio Colca

Sangalle el Oasis

Kondor Leniwy

Kondor Szybujacy

Kondor Wysoki

Jak statki na niebie

Wiecej fotek

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 7 Maj 2012 w Peru

 

Tagi: , ,