RSS

Archiwa tagu: aborygeni

Przez Kimberly do Darwin

Z Broom kierujemy się do Darwin, gdzie planujemy przesiąść się z naszego kampera do pociągu. Do przejechania mamy jakieś 2000 km, a pierwsza większa miejscowość jaką mamy po drodze to Kununurra. Jest oddalona od Broome o jakieś 1100 km. Aby do niej dotrzeć musimy przejechać przez cały region Kimberly słynący ze swej niedostępności o tej porze roku. Podczas pory mokrej trwającej od listopada do marca, sezonu cyklonów w północnej Australii, większość dróg jest zalewana, więc monitorowanie pogody i warunków drogowych jest tu o tej porze często sprawą życia lub śmierci. Po drodze planowaliśmy zwiedzić góry w Parku Narodowym Bangla Bangla. Góry słyną z niesamowitych piaskowców przypominających wysokie kopy pomalowane na zebrę i tworzące długie labirynty niskich wąwozów. Znajdują się tutaj również największe kopalnie diamentów w Australii. Niestety Bangla Bangla jest o tej porze roku zamknięta ze względu na wysoki poziom wody i zagrożenie powodziowe. Dodatkowo wybierającym się tam sugeruje się podróżować autem z wysokim zawieszeniem i napędem na cztery koła, którego nie mamy. Pozostaje nam nic innego jak przejechać szybko przez te 1100 km poprzez monotonne widoki buszu, poprzecinanego okresowymi strumieniami zwanymi tu creekami. Creeki (od których pochodzi wiele nazw miasteczek i winnic) są suche przez większość część roku. Wyglądają jak wyschnięte koryta rzek obrośnięte po brzegach niewysokimi eukaliptusami. W porze mokrej te niepozorne koryta, potrafią całkowicie zapełnić się wodą spływającą z północnej Australii, gdzie są zasilane przez wodę spadającą z szalejących tam cyklonów. Woda spadająca na północy rozlewa się tymi korytami po centralnych i południowych terenach pustynnego  interioru zamieniając czerwoną pustkę w zielone gaje.

Po drodze do Kununurry zatrzymujemy się późnym wieczorem na nocleg na przydrożnym parkingu w buszu. Kolejnego dnia jedziemy do Kununurry, gdzie planowaliśmy uzupełnić zapasy i zostać parę dni. To właśnie tu po raz kolejny spotykamy się z jeszcze bardziej zaostrzonymi przepisami regulującymi sprzedaż alkoholu. Skanowanie dowodów tożsamości, sprzedaż wina po godzinie 18, limit sprzedaży do jednej butelki na głowę, limit do jednej wizyty w sklepie danego dnia. Niestety restrykcje te zostały wprowadzone ze względu na panujący alkoholizm wśród Aborygenów. Jest to problem, od którego większość Australijczyków odwraca wzrok tak jak my odwracamy go od polskich „żuli”. W tym miejscu jesteśmy Wam winni następujące wyjaśnienie:

Aborygeni od momentu pierwszego spotkania z człowiekiem zachodu w XVIII wieku byli według naszej zachodniej klasyfikacji bardzo prymitywnymi ludźmi. Często nawet znacznie bardziej zacofani w stosunku do pierwotnych mieszkańców Afryki czy Ameryki Południowej. Aborygeni wierzyli w bogów zrodzonych z sił natury w dalekiej przeszłości zwanej Czasem Snu, prowadzili koczowniczym tryb życia, nie budowali żadnych domostw i wiosek, przemierzali ogromne obszary zakładając tymczasowe obozy śpiąc w jaskiniach lub pod drzewami, nie posługiwali się żadnym pismem a większość swojej wiedzy przekazywali z pokolenia na pokolenie poprzez święte pieśni. Jednak najbardziej różnili się tym od innych ludów, że nie przywiązywali zupełnie żadnej wagi do władzy i dóbr materialnych. Nawet wspomnienia kapitana Cooka, który w 1788 dobił do wybrzeży Australii świadczą o tym, że Aborygeni w porównaniu do Maorysów z Nowej Zelandii czy też innych Polinezyjczyków zamieszkujących inne mniejsze wyspy Pacyfiku, nie byli zainteresowani i zaciekawieni zarówno białym człowiekiem i jak i jego gadżetami. Przy spotkaniu z białymi byli bardzo obojętni i pragnęli wyłącznie spokoju. Cenili najbardziej otaczającą ich naturę i czerpali z niej tylko tyle by mogli przetrwać kolejny dzień. U progu zachodniej cywilizacji ich populacje szacowano na około jeden milion mieszkańców. W wyniku zachodniej kolonizacji, konfliktów z białymi osadnikami, głodu i nowych chorób przywiezionych z zachodu, na początku XX wieku ich populacja zmniejszyła się ponad 10 krotnie do 66 tysięcy i uznano ich za naród wymierający. Biali Australijczycy, głównie byli poddani królowej Wielkiej Brytanii do połowy XX wieku stosowali wobec aborygenów politykę przymusowej asymilacji. Dopiero w latach 60 wykreślono ich z oficjalnej Księgi Fauny i Flory, uznając ich za ludzi, homo sapiens, istoty rozumne posiadające wyższą świadomość. Pełnie praw wyborczych przyznano im w 1984 roku. Obecnie ich populacje szacuje się na 200 tysięcy i stanowią mniej niż 1% obecnych mieszkańców Australii. Część z nich nadal żyje w rezerwatach w pierwotnych warunkach w zgodzie z pieśniami z dawnych lat, duża część z nich w trakcie procesu przymusowej i dobrowolnej asymilacji zdobyła zachodnie wykształcenie, jeździ samochodami, mieszka w domach i żyje w świecie konsumpcji. Niestety jest też duża część zagubionych, śpiących na ulicach miast, żebrzących, pijących i uciekających za pomocą alkoholu i narkotyków do Czasu Snu. Trzy lata temu, w 2008 roku rząd Australii oficjalnie przeprosił Aborygenów za dyskryminacje i prześladowania. Zaczął zwracać im ziemie (oczywiście tą bez żadnych minerałów) i przyznał im dotacje w formie renty, którą mogą wydawać na dobra produkowane przez białych napędzając ich gospodarkę, głównie tą spirytusową. Konsumpcja i chciwość szerzona przez zachodnią cywilizację jest jak zaraza, zniszczy wszystko co jest bezcenne! Wszystko ma cenę i wszystko i każdego można kupić lub sprzedać! Aborygeni to już ostatnia większa cywilizacją, która została podbita, ograbiona i zniszczona przez komercję. Gratulacje, i co teraz?

Napotkany przypadkowo na ulicy Aborygen wygląda z reguły na smutnego i niedostępnego człowieka, gdy się do niego uśmiechamy on zazwyczaj odwraca głowę. Wygląda i zachowuje się mniej więcej jak dzikie zwierze zamknięte w klatce, duszące się otaczającą go rzeczywistością. Okradziony z wolności, godności i tradycji. Każdy z nich nosi w sobie brzemię doświadczonych krzywd przez białych kolonizatorów. Oczywiście zwykłą prostą rozmową da się rozbić ten mur niedostępności. Nam udało się poznać z rodziną Aborygenów, porozmawiać chwilę z ulicznymi włóczykijami i zobaczyć aborygeński uśmiech.

Kununurra zupełnie nas nie zachwyciła, a bardzo wysoka wilgotność sprawiała, że postanowiliśmy wyruszyć w stronę największego sztucznego jeziora w Australii Lake Argyle, oddalonym o 60 km do Kununurry. Jezioro powstało w skutek postawienia tamy na rzece Ord i zalaniu kilku dolin. Udało nam się znaleźć tam kamping z basenem, z którego był genialny widok na jezioro i otaczające go góry. Postanowiliśmy zostać tam trochę dłużej niż zamierzaliśmy.

W drodze do Darwin pojechaliśmy jeszcze do Parku Narodowego Litchfield, gdzie w trakcie zwiedzania dopadła nas jedna z większych tropikalnych ulew. Nie przeszkodziło to jednak nam w zwiedzeniu największych atrakcji tego parku. Wysokich na 6 metrów kopców termitów (Magnetic Termite Mounds), wodospadów Florence otoczonych monsunowym lasem oraz wodospadów Wangi z basenem wodnym. Niestety kąpanie było zabronione ze względu na pojawiające się o tej porze roku krokodyle słonowodne.

Kolejny dzień spędziliśmy w hostelu w Darwin, odpoczywając od kampera i przygotowując się do off-roadowej wyprawy w samym centrum Australii.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 12 grudnia 2011 w Australia

 

Tagi: