RSS

Archiwa tagu: bislama

Na wyspach szczęśliwych

Po wielu tygodniach naszej podróży wreszcie dotarliśmy do najbardziej egzotycznego miejsca naszej wyprawy – Vanuatu. W 2006 roku kraj ten, nie bez powodu został uznany za kraj najszczęśliwszych ludzi. I my z tą opinią całkowicie się zgadzamy. Gdzie tylko spojrzeć wszędzie uśmiechnięci, pogodnie nastawieni ludzie. Wszystko toczy się tu w zwolnionym tempie. Nikt się nie śpieszy, każdy ma czas aby porozmawiać z sąsiadem, sprzedawcą w sklepie czy też obcym człowiekiem dopiero co poznanym na ulicy. Nami też się bardzo interesowano, a skąd jesteśmy, co robimy, jaka jest Polska, czy zimno, i patrzą na nas z niedowierzaniem jak mówimy o śniegu i minus dwudziestu stopniach Celsjusza 🙂 W Vanuatu nikt się niczym nie stresuje. Jak nie masz ochoty pracować to nie pracujesz, w tym kraju z nicnierobienia da się przeżyć, mieszkasz w szałasie, na śniadanie zrywasz owoce, których tutaj jest pod dostatkiem a na obiad czy kolację łowisz sobie rybkę. Sami o tym mówią „simple life”. Nie zapominajmy też, że jest to jeden z rajów podatkowych, do których ściąga rzesza Australijczyków i nie tylko.

Mimo, że jesteśmy w podróży już 4 miesiące i czujemy się zrelaksowani jak nigdy dotąd to jednak sposób bycia Ni-Vanuatu (jak o sobie mówią mieszkańcy Vanuatu) był dla nas zaskakujący. Zaczęło się to już na lotnisku  gdy spostrzegliśmy, że nasz lot na Espirito Santo jest opóźniony, ba, samolot w ogóle nie przyleciał i nikt z obecnych nie wydawał się tym poruszony. Tylko my chodziliśmy w tą i z powrotem do punktu odprawy biletowej z pytaniem co się dzieje. Samolot w końcu przyleciał (z półtoragodzinnym opóźnieniem) i w niebywale ciasnym samolocie, który wyglądał tak jakby miał zaraz się rozsypać dotarliśmy do Espirito Santo. Dodam, że byliśmy jedynymi białymi zarówno w samolocie jak i na całym lotnisku. Lotnisko było pełne ludzi ale to nie dlatego, że wszyscy lecieli samolotem. O nie, bilety lotnicze są dla nich nadal za drogie i najczęściej wybierają tańszy transport łodzią. Lotnisko było zatłoczone bowiem każdy z miejscowych podróżnych był żegnany przez całą rodzinę i przynajmniej przez połowę wioski 🙂

Co nas najbardziej urzekło w Vanuatu to kolory. Przyjechaliśmy pod koniec pory deszczowej więc wszędzie było bardzo bardzo zielono, woda za to miała najpiękniejszy turkusowy odcień jaki w życiu widzieliśmy. Na ulicach pełno było kobiet w kolorowych sukienkach z szerokimi bufiastymi rękawami a kolorowe parasolki towarzyszyły im codziennie czy to w upalny dzień czy deszczowy poranek. No i oczywiście targ w Port Vila, pełny życia, kolorowy, pachnący przeróżnymi owocami i kwiatami, otwarty 24h. Można tu zjeść za niewielkie pieniądze typowe lokalne potrawy tj. lap lap, miejscowe ryby podane z kumalą (miejscowy słodki ziemniak) lub taro, no i oczywiście kraba kokosowego, który nam osobiście nie przypadł do gustu. Poza kolorowym targiem nie znaleźliśmy w mieście (zarówno w Port Vila jak i w Luganville) nic ciekawego do oglądania, dlatego też po paru dniach wyruszyliśmy do maleńkiej rybackiej wioski (Port Orly) położonej na końcu asfaltowej drogi. Tak nawiasem mówiąc infrastruktura drogowa na Vanuatu jest mało rozwinięta i w większość miejsc można się dostać tylko samochodem z napędem na cztery koła lub piechotą. Prąd doprowadzony jest tylko do miast i niewielu wiosek, w sumie mniej więcej tam gdzie prowadzi droga asfaltowa. Większość mieszkańców Efate i Espirito Santo (wyspy na których byliśmy) nie ma także bieżącej wody. Gdy wylądowaliśmy w Port Orly okazało się, że mamy prąd tylko od godziny 17:00 do 23:00 a w niedzielę prawie cały dzień.  Woda do mycia była oczywiście zimna ale akurat to nam nie przeszkadzało przy ponad 30-stopniowym upale 🙂

Vanuatczycy to poligloci. Większość z nich zna kilka języków: francuski lub angielski (co stanowił pozostałość po kondominium francusko-brytyjskim zniesionym dopiero w 1980 roku), język lokalny typowy dla regionu, z którego się pochodzi, a także Bislama. Bislama jest to uproszczony angielski pomieszany z językiem lokalnym i w niewielkim stopniu z językiem francuskim. Język ten związany jest z historią tzw. blackbirdingu mającego miejsce w latach 70 i 80 XX wieku czyli uprowadzaniem mieszkańców wysp Pacyfiku do niewolniczej pracy na plantacjach w Queensland (Australia) oraz Fiji. Praca na tych plantacjach była utrudniona bowiem jak to można było się domyśleć niewolnicy mówili różnymi językami. W związku z tym stworzono pidżin (pidgin) czyli jeden wspólny język będący kombinacją słownictwa angielskiego i struktur gramatycznych zapożyczonych z języków lokalnych. To z kolei zapoczątkowało rozwój Bislama a także Tok Pisin na Papui Nowej Gwinei oraz Pijin na Wyspach Salomona. Zainteresowanych tym ciekawym tematem odsyłam do naszej zakładki „foto” gdzie znajdziecie kilka zdjęć jakie zrobiliśmy znakom napisanym w Bislama.

D.

Jedna z licznych plantacji kokosowych

Droga asfaltowa przez dżunglę

Dzieciaki wracające ze szkoły

Ulubiona zabawa miejscowych dzieciaków

Pani nauczycielka Diana 🙂

Targ w Port Vila

Miejscowy przysmak – krab kokosowy

Lap-lap – tradycyjna potrawa na Vanuatu

A w niedzielę rano..

Widok z naszej słomianej chatki

 

 
2 Komentarze

Opublikował/a w dniu 24 lutego 2012 w Vanuatu

 

Tagi: , , ,