RSS

Archiwa tagu: bungy

Swingowanie w Queenstown:)

Jak to często bywa przyszedł wreszcie dzień, gdy mieliśmy już dość wędrówek górskich, spacerów po plaży i po bujnym lesie deszczowym, oglądania pasących się owiec czy też wylegujących się na słońcu lwów morskich. Chcieliśmy spróbować czegoś zupełnie innego. I tak wpadł nam do głowy pomysł aby poswingować 🙂 He, he… i żeby była jasność chodziło nam o wykonaniu skoku na bungy swing a nie o żaden taniec 🙂 Gdzie? Oczywiście jeśli bungy swing to tylko w Queenstown! Światowej stolicy sportów ekstremalnych!

W roku 1987 pewien sfrikowany gość Alan John Hackett pochodzący z Queenstown skoczył pierwszy raz z Wieży Eiffla w Paryży na linie złożonej z setek cienkich gumek. Sam opracował cały system i skoczył. Po tym osiągnięciu został okrzyknięty ojcem skoków bungy. W 1988 założył swoją własną firmę AJ Hackett Bungy i stworzył jej siedzibę na moście Kawarau w Queenstown, która stała się pierwszym na świecie miejscem, gdzie można było skakać komercyjnie. I tak narodziło się bungy jumping. Nadal do AJ Haketta należą największe rekordy w skoku na bungy, np. w 2007 skoczył z helikoptera z wysokości 1499 m!

W ten oto sposób Queenstown stało się kolebką sportów ekstremalnych, wymyślono tu bowiem inne sposrty ekstrymalne np. jetboating (skuter wodny). Ponadto, popularnymi sportami są tu sky diving (skoki ze spadochronu), lotnie, paralotnie, downhill. My z początku też mieliśmy skoczyć na zwykłym bungy ale po obejrzeniu paru filmików oraz rozmowie z ludźmi, którzy wcześniej skakali zdecydowaliśmy się na zmodyfikowaną wersję swing jump w pobliskich górach Nevis. I był to strzał w dziesiątkę bowiem swing zawiera w sobie także elementy skoku na bungy, jest dłuższy i ciekawszy. A wygląda to tak, że na samym początku przez jakieś 70 metrów z szybkością 150 km/h leci się prosto w dół (tak jak na bungy), w pewnym momencie nieco się odbija do przodu i leci się już jak na huśtawce kolejne 100 metrów w dół tylko po to aby po paru sekundach zatrzymać się przed olbrzymią ścianą skalną i cofnąć do tyłu. Potem taki oszołomiony człowiek huśta się przez parę minut aż go łaskawie ściągną do góry. Nam ten skok tak bardzo się spodobał, że postanowiliśmy skoczyć drugi raz. Do wyboru były przeróżne pozycje dla dwojga: pozycja klasyczna (jak na krzesełku, głowa skierowana w dół), pozycja odwrotna do pierwszej, pozycja „miesiąc miodowy” (buzie skierowane do siebie), pozycja plecami do siebie, pozycja track and trailer (jeden za drugim) oraz pozycja ying&yang (czyli „69” :). Nie musimy dodawać chyba jaką pozycję wybraliśmy za drugim razem:)

Po takich dwóch razach wyszliśmy na powierzchnię nieco oszołomieni, ale bardzo radośni. To było coś! Nogi trzęsły się nam niesamowicie ale to raczej z powodu napięcia mięśni jakich używa się do przytrzymania linek niż ze strachu. Chcieliśmy jeszcze spróbować skoku ze spadochronu ale ta rozrywka była poza zasięgiem naszych możliwości finansowych (500 dolarów od osoby, niezłe przegięcie!).

PS.fotki to nic w porównaniu z filmikiem jaki chcemy Wam zaprezentować niebawem, potrzebujemy tylko szybszego internetu niż dotychczas..

D.

pozycja klasyczna

a to już pozycja ying&yang 🙂

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 5 lutego 2012 w Nowa Zelandia

 

Tagi: , , ,