RSS

Archiwa tagu: cholitas

Targ czarownic i lucha libre

Pierwszy raz lucha libre obejrzeliśmy w TVN w programie Martyny Wojciechowskiej „Kobieta na krańcu świata”. Pamiętam, że ten odcinek zrobił na nas ogromne wrażenie i bardzo zapragnęliśmy zobaczyć to wydarzenie na żywo. Lucha libre to nic innego jak latynoamerykański wrestling. Zyskał on w Boliwii na ogromnej popularności gdy na ringu zaczęły pojawiać się cholitas szukające dodatkowego źródła dochodu. Co do zasady te walki powinny być ustawione jak w amerykańskim wrestlingu, jednakże zdarza się, że walczący doznają prawdziwych kontuzji. Sami byliśmy świadkami podpalenia ale o tym za chwilę…

Aby zobaczyć lucha libre musieliśmy się udać do stolicy Boliwii czyli La Paz. Jest to podobno jedyne miejsce w Boliwii gdzie organizuje się walki cholitas. Najkrótsza droga z Sucre do La Paz była akurat nieprzejezdna także znowu musieliśmy spędzić kilkanaście godzin w autobusie. Zmarzliśmy okropnie bowiem autobus nie miał ogrzewania a na zewnątrz panował przeraźliwy ziąb.

Do miasta wjeżdżaliśmy chyba przez półtorej godziny. La Paz położone jest bowiem w rozległej dolinie rzeki La Paz, która nie ma końca. Samo miasto liczy 1,1 mln mieszkańców, ale razem z przedmieściem El Alto tworzy ponad dwumilionową aglomerację miejską. W związku z tym, że miasto to położone jest na wysokości miedzy 3600 a 4100 m n.p.m. czyni je najwyżej położoną stolicą na świecie. Pierwszy dzień w La Paz postanowiliśmy spędzić na zwiedzaniu okolicznych atrakcji. Jedną z nich jest Mercado de Hechiceria czyli Targ Czarownic gdzie sprzedaje się różnorakiego rodzaju talizmany, zioła, proszki, święte figurki Pachamamy tj. bogini, która według wierzeń miejscowych stworzyła świat. Szczególnie zainteresowały nas wyschnięte płody lam, które wisiały prawie przy każdym stoisku. Trzeba było się bardzo pilnować bo ruch na Targu Czarownic był tego dnia naprawdę duży. Po godzinie wędrowania między stoiskami, pewnej bardzo przekonującej kobiecie udało się wcisnąć nam mały talizman za 5 boliwianos. Opłata była jednak raczej za zdjęcie, które pozwoliła sobie zrobić niż za sprzedany towar. W tym miejscu chciałabym Wam wyjaśnić, że w Boliwii miejscowi nie lubią jak im się robi zdjęcia, szczególnie dotyczy to starszych kobiet. Uważają one bowiem, że zdjęcie wykrada im duszę. Często także spotkaliśmy się z żądaniem opłaty za wykonane zdjęcie i to w cale nie małej kwocie!

Następnego dnia obudziłam się z wysoką gorączką i dreszczami. Mimo tego postanowiłam pojechać z Marcinem do najwyżej położonej dzielnicy La Paz tj. El Alto, gdzie odbywały się właśnie walki cholitas. Początkowo na ringu walczyli sami mężczyźni. Pierwsza walka wydawała się ustawiona do czasu gdy koszula jednego z walczących zajęła się żywym ogniem. Chłopak zaczął krzyczeć, rzucił się na ziemię a po chwili został okryty kocem przez organizatorów. Potem widzieliśmy na jego ramieniu ślady oparzenia i myślę, że to był jeden z tych nieprzewidzianych wypadków na ringu. Po jakiś 20 minutach na ring weszły cholitas, ubrane w kolorowe, przystrojone falbanami i świecidełkami spódnice, oczywiście z melonikami na głowie ;). Widownia zdecydowanie się ożywiła. Suknie wirowały, warkocze podskakiwały, tylko od czasu do czasu donośny krzyk jednej z walczących przypominał nam, że to nie taniec a walka. Polała się nawet krew gdy jedna z walczących uderzyła krzesłem drugą! Według Marcina nie była to krew ale ketchup, ja nie do końca byłam o tym przekonana. Podczas ostatniej walki, w osobie jednej z walczących rozpoznałam główną bohaterkę wspomnianego wcześniej odcinka „Kobieta na krańcu świata”. Po zakończonej walce podeszłam do niej i chwilę z nią rozmawiałam. Nie myliłam się, kobieta pamiętała ekipę TVN i poprosiła abym pozdrowiła Martynę. Teraz pozostaje mi tylko spotkać gdzieś Martynę, może na jakimś wierzchołku wielkiej góry, na którą z pewnością zaciągnie mnie kiedyś Marcin :).

Już pod koniec walki czułam, że mam wysoką gorączkę i powinnam położyć się do łóżka. Drogę do naszego hostelu pamiętam jak przez mgłę. W nocy obudziły mnie silne wymioty i biegunka. Na przemian mdlałam i odzyskiwałam przytomność. Marcin był bardzo zaniepokojony i mówił coś o szpitalu. Nasza dalsza podróż w kierunku Peru stała pod znakiem zapytania. Do tej pory nie wiemy czy było to zatrucie czy może skutki soroche, które ujawniło się z opóźnieniem. W sumie nadal przebywaliśmy na ponad 3700 m n.p.m. a ja od dłuższego czasu nie żułam koki. Jednakże po 2 tygodniach przebywania na 3000 m powinnam być już zaaklimatyzowana. No coż, nie wszystko można przewidzieć w podróży, takie są jej uroki.

D.

Targ Czarownic, tu można kupić wszystko: winko mszalne, dopalacze i maskotki z płodów lamy

Targ Czarownic: lamie trupki i statułetki Paczamamy

Targ Czarownic: tym zdjęciem skradliśmy duszę czarownicy i to za darmo!

Przed Katedrą ślub a jak ślub to i druchny

Ulice La Paz: z górki i pod górkę dają radę tylko autobusy po tunningu

Widok na La Paz z El Alto: hej górole i wy cepy tam na dole

Lucha libre: było gorąco

Lucha libre: kiecki latały

Lucha libre: bez litości

Lucha libre: babski nelson

Lucha libre: po zmyciu siniaków, pierwsza z prawej to bohaterka odc. „Kobieta na krańcu świata”

 
3 Komentarze

Opublikował/a w dniu 22 kwietnia 2012 w Boliwia

 

Tagi: , , ,