RSS

Archiwa tagu: droga

Boliwia maybe time

A miało być tak pięknie i gładko. Po obrzydliwym Uyuni postanowiliśmy zwiedzić bardziej urokliwe miasto w Boliwii tj. Sucre i ominąć górnicze, zaśmiecone Potosi. Problem polegał jednak na tym, że droga do Sucre wiodła właśnie przez Potosi. Na dworcu autobusowym w Uyuni powiedziano nam, że postój w Potosi nie powinien trwać dłużej niż godzinę, że należy przesiąść się do innego autobusu o tej samej nazwie, który po 3 kolejnych godzinach zawiezie nas do upragnionego Sucre. Już sam wybór przewoźnika był bardzo trudny bo wszyscy oferowali bilet za podobną cenę, o podobnym standardzie (czytaj: bez ubikacji na trasie zajmującej 5-6 godzin) a przewodnik Lonely Planet milczał w tej kwestii (jak i w wielu innych przydatnych kwestiach też). Koniec końców, z tylko 40-minutowym opóźnieniem wyruszyliśmy. Po krótkiej drodze asfaltowej, która zakończyła się tuż za miastem wjechaliśmy na drogę szutrową. Pewnie sobie teraz myślicie „no i co z tego?”. My byliśmy zaniepokojeni bo właśnie tą szutrową drogą jechaliśmy prawie dwie godziny po górach na wysokości 4000 m n.p.m., drogą która miała zaledwie 1,5 pasa a pod nią rozciągała się ogromna przepaść. Co gorsza, nasz autobus stawał co dwadzieścia minut z niewiadomej przyczyny, kierowca wysiadał, potem wsiadał i nic nie mówił. Od czasu do czasu widać było jakieś roboty budowlane tzn. wykopy, urządzenia do umacniania gruntu ale robotników brak, czyli tak jak w Polsce :). Na szczęście po dwóch godzinach wjechaliśmy w nieco szerszą, asfaltową drogę. Uff, jednak pojawił się inny problem, a mianowicie zachciało mi się iść do „baño”. Rozglądam się dookoła, pełno kobiet i dzieci i nikt kurna ani nie pomyśli zapytać kierowcę czy mógłby uprzejmie się zatrzymać. No coż, po trzech godzinach jazdy nie wytrzymałam i ruszyłam do przodu. Najpierw nie mogłam otworzyć drzwi od strony kierowcy ponieważ jak się potem okazało w klitce razem z kierowcą siedziało 6 osob: dwie kobiety, w tym jedna z niemowlęciem, dwóch chłopców i starszy pan! Były to osoby, które nie zmieściły się do środka autobusu i chciały za mniejsze pieniądze dojechać do domu. Uprzejmie wytłumaczyłam kierowcy o co mi chodzi, a on równie uprzejmie powiedział, że za pięć minut będzie krótki postój. Super, wysiedliśmy. Łazienki w okolicy oczywiście nie było, tylko „baño naturale”, jak zresztą prawie w całej Boliwii poza miastem. Pojechaliśmy dalej. Tuż przed Potosi kierowca znowu zatrzymał autobus. Tym razem sprawdzał czy każdy pasażer posiada bilet. W Boliwii bowiem jest taki system, że bilety sprawdza się na samym końcu jazdy, dziwne.

Potosi zaprezentowało się nam tak jak przypuszczaliśmy. Wjazd do miasta to hałdy gruzu wysypywanego z kopalni, obrzydliwe metalowe taśmy i rury prowadzone do kopalń, zaniedbane sklepy i sklepiki, pierwsze niedokończone zabudowania mieszkalne, które wyglądały na opuszczone i górująca nad tym wszystkim statua Jezusa Chrystusa stojącego na wzgórzu z rozpostartymi ramionami (podobna do statuy w Rio de Janeiro tylko o wiele mniejsza). Centrum również nie oferowało niczego przyjemnego dla oka. Gdy dojechaliśmy do dworca autobusowego zapytałam kierowcę gdzie mamy się przesiąść, on wskazał punkt w oddali i powiedział „nuevo platforma”. Ok, poszliśmy zatem na platformę dziewiątą i tam czekaliśmy, czekaliśmy, czekaliśmy. W końcu się zdenerwowałam i poszłam do biura przewoźnika. Tam pani oznajmiła mi, że autobus do Sucre przed chwilą odjechał. Jak to kurna odjechał?! A no tak. To jej mówię, że czekaliśmy przed platformą dziewiątą i żadnego autobusu nie widzieliśmy. Jak się potem okazało autobus do Sucre nie odjeżdżał z platformy dziewiątej tylko z nowego czyli „nueva” dworca autobusowego. Biegiem popędziliśmy do najbliższej taksówki i gazu na nowy dworzec! Tam się rzeczywiście okazało, że autobus do Sucre odjechał a najbliższy będzie za dwie godziny. Szczerze to nam się nie uśmiechało siedzieć kolejnych trzech godzin na dworcu w Potosi nie mając w sumie pewności czy rzeczywiście autobus do Sucre przyjedzie za te dwie godziny. Bo w Ameryce Południowej poczucie czasu jest takie jak w Gruzji, jak pisał Meller w swojej książce Gaumardżos „Georgia maybe time”, czyli może dziś, może jutro, może za dwie godziny, może za cztery a może nigdy, kto wie :). Nie chcąc ryzykować nocnej podróży po Boliwii, olaliśmy bilety zakupione u pierwszego przewoźnika i wgramoliliśmy się do pierwszego rozlatującego się autobusu jadącego do Sucre. Nie powiem, było tanio, ale czy wygodnie? Zajęliśmy ostatnie dwa miejsca siedzące i to na samiutkim końcu. Ja przy miejscowej „cholita” z czteroletnim synkiem na kolanach, a Marcin przy miejscowym „macho”. Zapowiadało się ciekawie! Po drodze kierowca zebrał kolejne 12 osób, które wraz ze swoimi bagażami stały w przejściu uniemożliwiając w ten sposób jakikolwiek ruch. Brakowało tylko kóz, kur i prosiaków :). W dodatku przez te trzy godziny jazdy nikomu ani się nie śniło otworzyć okna. Nie wiem czym to jest spowodowane. Możliwe, że ci ludzie ciągle marzną w swoich domostwach (jak do tej pory w Boliwii nie mieliśmy pokoju z ogrzewaniem) i jedynym ciepłym miejscem aby się ogrzać jest autobus pełen ludzi, albo po prostu nie przeszkadza im wszechobecny smród. Gdy po godzinie braku dopływu świeżego powietrza otworzyłam na chwilę okno, kilka par oczy gniewnie na mnie spojrzało. Nie próbowałam już więcej. Byliśmy jedynymi gringos w autobusie i trzeba było uszanować zwyczaje miejscowych.

Gdy zbliżaliśmy się do Sucre było już ciemno. Już na przedmieściach ludzie zaczęli wysiadać a my za nimi pilnując, aby nie zabrali naszych bagaży. Kradzież bagaży z autobusu jest na porządku dziennym, szczególnie w Boliwii i Peru. Byliśmy zatem przeszczęśliwi jak dojechaliśmy do dworca autobusowego w Sucre. Krótkie targowanie się z taksówkarzem, przyjazd do pensjonatu i upragniony sen.

Następnego dnia wybraliśmy się na zwiedzanie miasta, które okazało się najładniejszym miastem w Boliwii. Sucre jest konstytucyjną stolicą Boliwii a jednocześnie jednym z najstarszych miast założonych przez hiszpańskich konkwistadorów (1538 r). Miasto otoczone jest wzgórzami Churuquella oraz Sica-Sica z krzyżem oświetlającym pobliską okolicę. W centrum można podziwiać przepiękną, zabytkową katedrę, klasztor San Felipe Negri, Casa de la Libertad oraz Palacio de la Glorieta. Nam udało się zarezerwować bardzo przytulny pensjonat w zabytkowej części miasta czyli la Recoleta, z którego roztacza się przepiękna panorama. Idealne miejsce na zasłużony odpoczynek i krótkie weekendowanie po trudach podróży w Boliwijskie góry i pustynie :).

D.

Centrum Sucre

Leniwy strajk na rynku

Widok z naszego pensjonatu

Panorama Sucre

i jeszcze raz nocą

jeden na drugim

znalazł się nawet teatr narodowy

Na targu

jak ten owoc się nazywa, hhhyyy? w każdym razie był brdzo słodki

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 20 kwietnia 2012 w Boliwia

 

Tagi: ,