RSS

Archiwa tagu: dżungla

Trochę adrenaliny w sercu ekwadorskiej dżungli

Po trzech dniach pobytu w Quito, stolicy Ekwadoru wiedzieliśmy, że musimy stąd uciekać. Typowe latynoamerykańskie miasto, tj. bardzo rozległe, głośne a w dodatku bardzo niebezpieczne. Jeden z gości pensjonatu, w jakim nocowaliśmy opowiedział nam, że jego koleżanka zwiedzając najbardziej turystyczną część miasta (Inglesia de San Francisco) została obrabowana przez trzech młodziaków uzbrojonych w nóż i to na oczach policji turystycznej, która nie zrobiła absolutnie nic! Takie historie w tym mieście są na porządku dziennym, a gringo muszą się mieć ciągle na baczności. Mieliśmy wyjątkowe szczęście, że nam się nic nie stało, choć muszę wam wyznać, że raz niewiele brakowało a otrzymałabym kulkę w przysłowiowy łeb. Chciałam bowiem pouczyć pewnych młodych gnojków jak się powinni zachować w sklepie, tzn. nie wciskać w kolejkę. Ugryzłam się na szczęście w język i w końcu nic im nie powiedziałam, a potem dowiedziałam się od sprzedawcy, że mieli ze sobą pistolety i że to miejscowe bandziory. Uff, czasem warto sobie odpuścić..

W związku z tym, że wyjazd do Polski zbliżał się nieuchronnie a Quito niespecjalnie nam się podobało, postanowiliśmy iść śladami Magdy i Przemka z Careerbreaka (www.careerbreak.pl) i zażyć trochę adrenaliny zjeżdżając po linach zawieszonych w dżungli tzw. „conopy”. W tym celu spakowaliśmy nasze dwa małe plecaki i wyjechaliśmy do Mindo. W tym uroczym miasteczku znajdują się bowiem dwie spółki (Mindo Conopy Adventure oraz Mindo Ropes and Conopy), które oferują zjazdy na metalowych linach zawieszonych w dżungli. Mają tam od 3,500 do 5.000 metrów zawieszonych lin, trasy różnego stopnia trudności, od tych wolniejszych dla dzieci po bardzo szybkie, gdzie człowiek nie ma czasu nawet krzyknąć z przerażenia :).  Gdy dojechaliśmy do Mindo okazało się, że kilka dni wcześniej pewna Amerykanka zabiła się zjeżdżając na jednej z lin należących do spółki Mindo Ropes and Conopy, która się po prostu zerwała :(. Przewodnik, który jej towarzyszył znajdował się w stanie krytycznym w szpitalu. Spółkę, w której zdarzył się wypadek podobno zamknęli, a w drugiej zrobili gruntowną inspekcję.

Ciekawość jednak zwyciężyła i pomaszerowaliśmy w głąb dżungli, aby zobaczyć co za diabeł. Na miejscu okazało się, że oprócz trzech Francuzów jesteśmy jedynymi chętnymi do zjazdów na linach. Dziennikarz z miejscowej gazety przeprowadził nawet z nami krótki wywiad i zrobił kilka fotek, a na koniec życzył szczęścia :). Nie podpisywaliśmy nawet żadnych kwitów, że bierzemy na siebie całą odpowiedzialność na wypadek nieszczęścia. No cóż, można było się tego spodziewać, przecież to Ekwador :). A te zjazdy to był prawdziwy strzał w dziesiątkę! Niezwykła frajda i to w samym sercu ekwadorskiej dżungli :). Najtrudniejszy był pierwszy zjazd bo nie umieliśmy jeszcze odpowiednio złapać liny tak aby nami nie obracało. Potem gdy już trzymaliśmy „pion” to była bułka z masłem. Zjeżdżaliśmy głównie w pozycji klasycznej, czyli z głową w górze, ale do wyboru była także pozycja motyla i supermena, którą zaserwowaliśmy sobie na sam koniec. Niezła zabawa! Gorąco polecamy!

D.

Przygotowania

Pierwszy zjazd

Jak Tarzanka 🙂

Pozycja supermana a raczej superwoman 🙂

Spacerek po dżungli

Zasłużony odpoczynek 🙂

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 31 Maj 2012 w Ekwador

 

Tagi: , ,

Kava, kava i wypad w głąb dżungli

Po kilku dniach głębokiego nurkowania byliśmy totalnie wyczerpani. Postanowiliśmy zrobić sobie przerwę i wybrać się na wycieczkę w głąb jaskini Millenium oraz poznać zwyczaje mieszkańców wioski Tantu, znajdującej się w środku dżungli. Początkowo chcieliśmy się wybrać na kilkudniowy trekking i spać z miejscowymi w ich szałasach ale pogoda była tak fatalna, że musieliśmy wybrać opcję bardziej lightową.

W związku z tym, że już nie nurkowaliśmy mogliśmy wreszcie spróbować kavy w jednym z kilkunastu otwartych kava barów. Kava jest to narkotyczny napój zrobiony z roślin z gatunku pieprzowatych pochodzących z wysp Mikronezji i Vanuatu. Spożywany jest na ogół jako herbatka ziołowa z suszu. Od 2000 roku zabronione jest przywożenie kavy do wielu krajów europejskich. Gdy wybraliśmy się do kava baru akurat świeciła zielona lampka oznaczająca, że kava jest jeszcze dostępna (czerwona lampka oznaczała jej brak). Pamiętając rady lokalesów przyszliśmy do baru z pustym żołądkiem. W ten sposób działanie kavy jest mocniejsze i nie ma się po niej nieprzyjemności żołądkowych. Mieliśmy wielkie opory przed spróbowaniem tego napoju bowiem z wyglądu przypominała rozrzedzone błoto. Smakowała zresztą tak samo a może jeszcze gorzej. Nawet teraz jak to piszę to się krzywię 🙂 Za pierwszym razem popijaliśmy ją małymi łykami i to był błąd! Najlepiej wypić ją jednym haustem i po sprawie. Nie wiem czy to nasze mocne polskie głowy czy po prostu mała ilość wypitej kavy (miejscowi pija z reguły 5-6 muszelek, my wypiliśmy tylko 3) ale nie czuliśmy niczego wyjątkowego. Uczucie jak po dwóch szotach wódki, zrobiło się cieplej i przyjemniej, nogi nieco się plątały jak wracaliśmy do naszego motelu ale poza tym nic więcej.

Następnego dnia, z samego rana wyjechaliśmy pikapem w głąb dżungli. Nasz przewodnik Glenn, który towarzyszył nam do połowy drogi opowiadał nam miejscowe legendy o ludziach Lysepsep i duchach, które kilkakrotnie uratowały mu życie. Ciekawe ale większość mieszkańców Vanuatu naprawdę wierzy w duchy i traktuje je z respektem. Niestety inni czynią z nich kolejną atrakcję turystyczną. Wracając do tematu, szliśmy sobie tak przez dżunglę, bardzo powoli bowiem po nocnej ulewie pełno było gęstego mułu, który przylepiał się do stóp i utrudniał wędrówkę. Nasza koleżanka Sunae kilkakrotnie zgubiła swoje tenisówki aż w końcu zdecydowała się iść na boso. Było bardzo parno, gorąco i wściekle zielono, wreszcie prawdziwa dżungla! Po ponad półtoragodzinnym marszu naszym oczom ukazała się chatka zrobiona z bambusa i liści bananowca a w niej siedział nasz drugi przewodnik, który odziany był tylko w przepaskę, na którą miejscowi mówią „namba”. Jak się potem okazało ów człowiek był wodzem w lokalnej wiosce i miał na imię Bruno. Bruno nie mówił prawie po angielsku toteż dalsza wyprawa odbywała się prawie na migi 🙂 Po wymalowaniu nas ziemią zmieszaną z jakimś mazidłem, które miało nas chronić przed niebezpieczeństwami kryjącymi się w jaskini, wyruszyliśmy na spotkanie z Milenium. Droga wiodła przez bambusowy mostek, który chwiał się za każdym krokiem, potem zejście po ręcznie zrobionej drabinie z kilkoma spróchniałymi szczebelkami aż wreszcie przeprawa przez silny nurt rzeki, gdzie o mało nie skręciłam nogi. Wszystko po to aby tylko z trzema latarkami (na sześć osób) w wodzie po pas wejść do mrocznej jaskini. Już przy wejściu dało się wyczuć guano czyli odchody nietoperzy. Na szczęście pasta jaką zostaliśmy wysmarowani przez Bruna skutecznie odstraszała te stworzenia. Jaskinia miała zaledwie ok. 500 metrów długości. Pokonanie jej zajęło nam jednak prawie całą godzinę. W związku z tym, że przez kilka poprzednich dni okropnie lało, woda zamiast łydek sięgała nam przez pas, także pewne odcinki pokonywaliśmy płynąć. Trzeba było bardzo uważać na ostre kamienie i silny nurt wody. Dobrze, że przed wyjazdem zaopatrzyliśmy się w wodoszczelne worki, inaczej cały nasz sprzęt elektroniczny poszedłby na złom. Oczywiście całą tą naszą przeprawę filmowałam jak szalona, jednakże było tak ciemno że na filmie nic nie widać, na zdjęciach zresztą też. Mimo tego mieliśmy niesamowitą frajdę i niezapomniane wspomnienia na przyszłość 🙂

Po wygramoleniu się z jaskini i krótkiej przerwie na lunch wyruszyliśmy w stronę Tantu – wioski w której ludzie nadal żyją zgodnie z pradawną tradycją i obyczajami („kastom” village) . Oczywiście po drodze pokonaliśmy kolejny bambusowy mostek i spróchniałą drabinę. We wiosce przywitała nas rodzina Bruna, dwa przeraźliwie chude psy, jeszcze chudsze trzy szczeniaki i reszta żywego inwentarza Bruna. Wszyscy oczywiście tylko w namba na biodrach. Po krótkiej wymianie uprzejmości (każdy w swoim języku) poszliśmy oglądać wioskę. To ciekawe, że mimo tego ubóstwa Ci ludzie są bardzo szczęśliwi, możliwe że nie zdają sobie nawet sprawy że żyją w ubóstwie, nie bywają w cywilizowanym świecie, na gromadzą kolejnych niepotrzebnych dóbr, wszystko czego potrzebują mają na wyciągnięcie ręki.

Popołudnie szybko dobiegło końca, pełni wrażeń tuż przed zmrokiem wróciliśmy do naszego małego motelu.

D.

Przygotowanie do wędrówki w głąb jaskini

Diana z rodziną Bruna

Marcin z Brunem i jego najmłodszym potomkiem

Sztuczne, czy prawdziwe ?

Wyjście z jaskini Millenium

Więcej zdjęć kliknij

 
2 Komentarze

Opublikował/a w dniu 4 marca 2012 w Vanuatu

 

Tagi: , , , , ,