RSS

Archiwa tagu: indianie

Święta Wielkanocne po indiańsku i Ruda

Niedzielę palmową spędziliśmy jeszcze w Salcie. Mieliśmy nadzieję, że głęboko wierzący naród argentyński będzie w jakiś specyficzny sposób obchodził ten dzień. Szczerze mówiąc mieliśmy ochotę na odrobinę lokalnego folkloru. Niestety nie doczekaliśmy się go i za namową miejscowej starszej pani wyjechaliśmy na północ w kierunku granicy z Boliwią, do małego miasteczka o nazwie Tilcara. I był to strzał w dziesiątkę.

Tilcara położona jest w górach na wysokości 2 461m n.p.m. i w odróżnieniu od południa Argentyny jest zamieszkana głównie przez Indian, a nie białych potomków europejskich osadników. W Tilcarze Święta Wielkanocne obchodzi się cały Wielki Tydzień i jest to największe wydarzenie kulturalne i sakralne w całej okolicy. Jednym z głównych punktów świętowania jest wyprawa mieszkańców Tilcary i okolicznych wiosek wysoko w góry do sanktuarium Punta Corral położonego na wysokości 3 480 m n.p.m. Mieszkańcy podzieleni na tak zwane „Bandas de Sikuris” czyli małe orkiestry reprezentujące różne grupy społeczno-zawodowe (pielęgniarzy, szkoły, zespoły piłkarskie, itd..) wyruszają do sanktuarium we wtorek, idą tam cały dzień. W sanktuarium spędzają jedną noc modląc się do obrazu Matki Boskiej zwanej „La Virgen a la Usina” a w środę wieczorem zabierają obraz ze sobą i w wielkim pochodzie wracają do centrum Tilcary. W mieście idą przystrojonymi ulicami gdzie witani są przez miejscowych, rzesze argentyńskich turystów przybyłych tu nawet z Buenos Aires i trochę gringos takich jak my. Oczywiście te wszystkie orkiestry a w zasadzie indiańskie bandy cały czas walą w bębny i pompują powietrze do miejscowych harmonijek i fujarek wydając z siebie przeraźliwe nieskoordynowane dźwięki, tak jakby jedynym ich celem było narobienie jak największego hałasu. Zgroza dla ucha i ducha! W kolejne dni bandy te dzielą się na mniejsze i chodzą po Tilcarze i okolicznych wioskach. Kontynuują robienie wielkiego hałasu uczestnicząc we wszystkich kolejnych nabożeństwach.

Tilcara poza swoim folklorem to również świetna baza wypadowa w góry. Samo miasteczko położone jest w pięknej dolinie zwanej Quebrada de Humahuaca, słynącej z kolorowych i ciekawych formacji skalnych. W pobliżu znajdują się ruiny inkaskiej wioski Pulcara oraz mnóstwo jaskiń.

Korzystając z czwartkowej przerwy w świętowaniu i w ramach odpoczynku od Diany 🙂 wyruszyłem na całodniowy trekking na wschodnią ścianę doliny z zamiarem zdobycia najwyższej pobliskiej góry Cerra Negro. Na kawałku papieru miałem nabazgranych kilka strzałek, w głowie pare ledwo zrozumiałych wskazówek od Charliego, u którego wynajmowaliśmy pokój. Zgubiłem się już na skraju samego miasteczka. Stanąłem na rozdrożu trzech szlaków i zacząłem pytać się lokalesów, którędy na Cerra de Negro. Pierwszy napotkany Indianiec oczywiście pięknie mi wytłumaczył jak iść, ale na Cerra de Chico czyli zupełnie inną górę. Następy powiedział mi, że to bardzo prosty szlak i że powinienem cały czas iść „todo de derechio y derechio”, czyli prosto i w prawo. Trzeci napotkany Indianiec powiedział mi, że w ogóle źle idę i powinienem się wrócić i skręcić w prawo. Specjalnie mnie to nie zdziwiło, pamiętałem bowiem jeszcze z czasów wyprawy do Meksyku, że mieszkańcy Ameryki Łacińskiej są bardzo mili dla gringos i bardzo chcą być im pomocni, więc nawet jak nie wiedzą gdzie coś się znajduje dają mnóstwo bezużytecznych wskazówek. Stojąc tak na tym rozdrożu, na jednym ze szlaków zauważyłem przyglądającego mi się psa. Wyraz pyska miał taki jakby rozumiał o co mi chodzi. Po chwili spojrzenia oko w oko poderwał się i pobiegł jednym ze szlaków. Po kilkunastu metrach zatrzymał się nagle i obejrzał w moją stronę, aby upewnić się czy idę za nim. Oczywiście poszedłem, był najbardziej przekonującym znakiem, jaki spotkałem do tej pory. I tak zaczęła się nasza wspólna wyprawa. Przez pierwsze dwie godziny podchodziliśmy bardzo stromym trawersem, a wyglądało to mniej więcej tak: mój przewodnik biegł kilkanaście metrów w górę i znikał mi z oczu, ja szedłem jakieś dwadzieścia, trzydzieści kroków, dostawałem zadyszki i się na chwilę zatrzymywałem, mój przewodnik wracał i upewniał się, że nic mi nie jest, poczym dawał mi do zrozumienia, że się strasznie za nim wlokę i pędził dalej w górę motywując mnie do dalszej drogi. Podczas tej wspinaczki bardzo często szlak zanikał i był ledwo widoczny, ale mój przewodnik zawsze odnajdywał właściwą drogę. Czasami, gdy znikał mi z oczu, a ja nie wiedział gdzie dalej iść, musiałem na niego gwizdać, a ponieważ nie jest to zbyt uprzejme musiałem mu dać jakieś imię. Nazwałem go więc Roja, czyli Rudy po naszemu. Wprawdzie był bardziej blond, ale przypominał mi australijskiego psa dingo z filmu „Red Dog”, który był bardzo mądry, zawsze chadzał swoimi ścieżkami i sam sobie wybierał pana a może raczej ludzkiego przyjaciela. Sytuacja się trochę pogmatwała, gdy po ciężkiej wspinaczce w końcu dotarliśmy do przełęczy i „Rudy” zaczął sikać. Okazało się, że „Rudy” to „Ruda”:-) Z przełęczy roztaczał się tak przepiękny widok na obie doliny, że postanowiliśmy sobie trochę odpocząć. Podzieliłem się z Rudą chlebem i parówkami i po chwili poszliśmy dalej. Po kilku minutach dalszego marszu zorientowałem się, że wbrew otrzymanym wskazówkom szlak prowadzi w przeciwną stronę do szczytu Cerrro Negro i schodzi w dół do wioski mieszczącej się w przeciwległej dolinie. Jeśli chciałem zdobyć Cerro Negro trzeba było zboczyć ze szlaku i iść na przełaj. Ruda cały czas podążała utartym szlakiem i szczerze mówiąc cały czas myślałem, że tak naprawdę kieruje nas do wioski w przeciwległej dolinie i szuka kogoś do towarzystwa. Właśnie dlatego byłem ponownie zaskoczony kiedy podążyła za mną gdy zboczyłem ze szlaku i zacząłem iść na przełaj w stronę widocznego już wierzchołka Cerro Negro. Tym razem nasza wspinaczka wyglądała tak: początkowo to ja prowadziłem, idąc na przełaj wprost na wierzchołek, a po tym jak Ruda załapała gdzie idziemy, to ona obrała przewodnictwo i dzielnie starała się wybierać trasę najmniej usianą w kaktusy i ostrą trawę. Od czasu do czasu musieliśmy się zatrzymywać, aby wyjąć ostre igły kaktusów z łap Rudej i moich butów. Na samym szczycie widoki były przepiękne, ale bardzo wiało dlatego też szczeliliśmy sobie z Rudą kilka fotek i zaczęliśmy schodzić w dół. Drogę powrotną wybraliśmy przez południową granię Cerro Negro, dzięki temu jeszcze przez kilka następnych godzin mogliśmy podziwiać fantastyczne widoki dwóch dolin. Ruda od czasu do czasu zaglądała pod kamienie jakby czegoś szukała, po jakimś czasie zauważyłem jak na moich oczach ta spryciula złapała super zwinną jaszczurkę. Ponieważ cały czas szliśmy na przełaj, zejście na dół zajęło nam parę ładnych godzin. Często błądziliśmy szukając najłagodniejszej drogi wśród uskoków górskich i porastających ten teren roślin, z których każda chciała nas pokuć. Późnym popołudniem totalnie padnięci dotarliśmy do Tilcary. W mieście okazało się, że Ruda to niezły ochroniarz. Gdy tylko któryś z Indiańców próbował się do mnie zbliżyć, Ruda przyjmowała groźną pozę, pokazała zęby i trochę warczała, a Indianiec od razu zmykał na drugą stronę drogi. Po powrocie opowiedziałem Dianie naszą historię i zaczęliśmy się zastanawiać co tu zrobić z Rudą. Z jednej strony to najmądrzejszy pies, jakiego kiedykolwiek w swoim życiu spotkałem i bardzo chciałem zabrać ją ze sobą. Z drugiej strony podróżowanie z psem autobusem, samolotem i nie wiadomo jeszcze czym jest mało wykonalne. Koniec końców postanowiliśmy wrócić tam gdzie spotkałem Rudą. Gdy tam dotarliśmy Ruda poleciała do pobliskiego domu i było już pewne, że tam mieszka. A dla rozrywki oprowadza gringo po pobliskich górach:-)

M.

Ale zaraz przywale

Ruda

Widok na Tilcara ze wschodniej strony

Aaaaaaa uuuuuuuuuuu

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 8 kwietnia 2012 w Argentyna

 

Tagi: , ,