RSS

Archiwa tagu: jezioro

Nad jeziorem Titikaka

Jezioro Titikaka położone jest na wysokości 3800m n.p.m i jest najwyżej położonym jeziorem żeglownym na świecie. Nazwa jeziora pochodzi z języka keczua i ze względu na jego kształt oznacza pumę polująca na królika. Znajduje się częściowo w Boliwii a częściowo w Peru. My postanowiliśmy je zwiedzić ze strony Peru. Z La Paz wybraliśmy się w 6-godzinną podróż autobusem bezpośrednio do Puno. Od samego poranka było wiadomo, że ten dzień nie będzie należał do szczęśliwych. Diana nadal cierpiała na problemy żołądkowe i zastanawialiśmy się czy w ogóle jechać. Po presją posiadanych biletów zdecydowaliśmy się jechać. Na dworcu autobusowym resztę boliwijskiej waluty wydaliśmy na śniadanie i cukierki, zupełnie nie zdając sobie sprawy, że przy wyjściu na peron autobusowy trzeba zapłacić 2 boliwianos tytułem podatku dworcowego. Udało mi się znaleźć bankomat, ale wchodząc do niego w pośpiechu z impetem otworzyłem drzwi, które uderzyły w bankomat i uruchomiły alarm. Ponieważ z czterech obecnych bankomatów tylko ten działał, przy akompaniamencie syreny i zdziwionych spojrzeniach lokalesów wypłaciłem pieniądze i co prędzej pognałem do autobusu. Całe szczęście dotarłem na czas i nikt mnie nie oskarżył o napaść i obrabowanie bankomatu :). Z drugiej strony trochę to dziwne, że wyjący bankomat wypłaca kasę, ale w Ameryce Południowej wszystko jest możliwe.

Zaraz po przekroczeniu granicy, w połowie drogi do Puno, nasz autobus zatrzymał się w korku przed miejscowością Llave. Po paru minutach okazało się, że jest blokada drogi, która będzie trwać przez kolejne bagatela dwa dni. Kierowca powiedział nam, że możemy tu z nim zostać przez ten czas lub ruszyć dalej pieszo. Ze względu na kiepskie samopoczucie Diany wyszliśmy z autobusu jako ostatni. Z nadzieją, że tuż zaraz za blokadą znajdziemy taksówę, którą będziemy mogli jechać dalej do Puno, zarzuciłem na siebie dwa duże plecaki w sumie jakieś 40kg, Diana dwa małe i ruszyliśmy przed siebie pieszo. Z autobusu dołączył do nas starszy zagubiony Australijczyk, który nie mówił po hiszpańsku i zupełnie nie wiedział, co się dzieje. Po przekroczeniu pierwszej barykady okazało się, że cała droga jest pokryta porozrzucanymi głazami aż po sam horyzont i niewiadomo gdzie kończy się ta masakra. Przy drodze siedzieli wielce zadowoleni strajkujący peruwiańscy Indiance i widząc nas obładowanych bagażem zaczęli się z nas wyśmiewać. Cały czas się we mnie gotowało, dodatkowo gdy jeden z lokalesów rzucił przed nas kamieniem nie wytrzymałem i zbeształem go po polsku proponując ustawkę. Koleś wyzwania nie podjął, ale to może i dobrze, bo wprawdzie duży nie był ale miał wielu innych małych kolegów, którzy trzymali kamienie w dłoniach. Po jakimś czasie przekroczyliśmy jedną z bardziej gęstych blokad na moście i doszliśmy do centrum miasta. A tam panowała totalna anarchia. Drogi dalej były pozagradzane kamieniami, powyrywanymi znakami drogowymi i tłumami krzykliwych tubylców. Po chwili zauważyliśmy, że za nami w kordonie uzbrojonej policji cały tłum, który przed chwilą minęliśmy zaczyna coraz szybciej zbliżać się do nas. W ostatniej chwili udało się nam złapać tuk-tuka (moto-taksówkę),  w trójkę z całym bagażem zapakowaliśmy się do niego i dosłownie kilka metrów przed nacierającym tłumem odjechaliśmy na drugi koniec miasta. Po mieście mogły się poruszać tylko motory i tuk-tuki, które był w stanie ominąć gęsto usiane przeszkody na drodze. Tuk-tukiem dojechaliśmy na skraj miasta, gdzie jak się okazało znajduje się kolejna potężna barykada. Tuk-tuk jadący przed nami próbował ją przekroczyć, lecz został zatrzymany przez tłum strajkujących. Tłum przewrócił tuk-tuka i wywiązała się bójka pomiędzy kierowcą i strajkującymi. My podziękowaliśmy już naszemu kierowcy i ponownie dalej obładowani bagażami ruszyliśmy przed siebie pieszo. Szliśmy tak w sumie dwie godziny, co chwile pokonując mniejsze i większe blokady aż w końcu udało się nam  złapać lokalny autobus i zająć w nim ostatnie trzy miejsca. Towarzyszący nam Australijczyk John był jeszcze bardziej od nas zdenerwowany całą tą sytuacją i miał prawo. Pech prześladował go już od jakiegoś czasu. Do Boliwii przyjechał w odwiedziny ze swoją piękną boliwijską dziewczyną, z którą mieszkał w Sydney. Po przyjeździe do Boliwii okazało się, że ona już nie chce wracać do Australii i zostaje w Boliwii. A przed tym oświadczeniem wyczyściła mu konto. Przed powrotem do Australii chciał jeszcze zobaczyć Machu Picchu. Pierwotnie miał lecieć bezpośrednio z La Paz do Cuzco, ale jego samolot został odwołany, więc aby zdążyć na samolot do Australii, postanowił jechać autobusem. Najwyraźniej nadaremne.

Puno okazało się bardzo brzydkie i bardzo zimne. Po dwóch dniach odpoczynku wybraliśmy się na dwudniowy rejs po jeziorze, aby zwiedzić kilka wysp w okolicy Puno. Na początku odwiedziliśmy pływające wyspy Uros. Wyspy te zbudowane są z trzciny totora rosnącej na mieliznach jeziora Titikaka. Podstawa zrobiona jest z korzeni trzciny, które następnie przykrywa się samą trzciną. Domki na wyspie buduje się również z trzciny, z trzciny robi się jeszcze łodzie. Tak w ogóle to wszystko robi się z trzciny, bo nic innego nie ma. Wyspy te zamieszkane są przez pre-inkarski lud Uros, który dziś żyje głównie z turystyki. Generalnie panuje tam turystyczna ciupaga na maksa, a w samej wizycie na wyspie najciekawsza była opowieść i prezentacja jak pływające wysepki są zbudowane. Po sztucznym folklorze Uros popłynęliśmy na wyspę Amantaní. Zamieszkaliśmy tam u miejscowej rodziny w bardzo skromnym domku bez światła i wody. Wyspa zamieszkana jest przez około 4000 mieszkańców, zajmujących się głównie rolnictwem. Większość turystów przyjeżdża tam na jeden dzień, wiec bardzo dużej ciupagi nie ma. Ale jest nudno poza wejściem na dwie góry z ubogimi ruinami świątyń Pachamama i Pachatata nie ma zbyt wiele do robienia. Kolejna wyspa, na której postawiliśmy swoją stopę to Taquile. Wyspa słynie głównie z włókiennictwa a co najciekawsze robieniem na drutach zajmują się głównie faceci :).

M.

Uros: Mercedes Benz zaparkowany przed prywatną wysepką. Oh Lord, won’t you buy me a Mercedes Benz ?

Uros: Zbuduj sobie wyspę

Uros: Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj

Uros: Z Wesela: „Sami swoi, polska szopa. I ja z chłopa, i wy z chłopa
W oczach naszych chłop urasta. Do potęgi króla Piasta” 🙂

Uros: Partyjka brydża

Uros: Moja mama jada długopisy a brat się żywi balonami

Uros: My, po odstawieniu Polo Kokty

Amantaní: Na rynku

Amantaní: Lśnienie

Amantaní: Baba Jaga

Taquile: Drut Mistrz

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 25 kwietnia 2012 w Peru

 

Tagi: , , , ,