RSS

Archiwa tagu: kanion

W krainie kondorów

Kolejnym punktem naszej wyprawy po Peru było białe miasto (La Ciudad Blanca) czyli Arequipa. Miasto to nazwane jest białym ponieważ zbudowane jest głównie z białych, powulkanicznych skał zwanych „sillar”. Aby uczynić pobyt w Arequipie bardziej interesującym zarezerwowaliśmy sobie 3 noce w Casa de Sillar, który zrobiony jest właśnie z sillar. Po pierwszym dniu zwiedzania tego miasta wiedziałem, że będę się tu nudził i postanowiłem pojechać do pobliskiego Kanionu Colca. Diana zdecydowała się zostać w Arequipie aby trochę odpocząć i delektować się miejscową kuchnią oraz kawa serwowana w uroczych knajpach na calle Catalina.

Pobudka o 5:00 i spacer z latarką ulicami jeszcze uśpionej Arequipy na przystanek płatnej okazji „colectivos”. O 5:30 byłem już na dworcu autobusowym i zgodnie ze wskazówkami otrzymanymi w informacji turystycznej w jednej z firm przewozowych próbowałem kupić bilet na autobus do Cabacaconde, który miał odjeżdżać o 6:00. Na miejscu okazało się, że autobus odjeżdża dwie godziny później. No tak, mogłem się tego domyśleć,  przecież jestem w Peru! Po chwili zastanowienia wsiadłem  do autobusu odjeżdżającego o 6:00 do Chivay, miasta położonego w połowie drogi do Cabanconde, z nadzieją, że tam złapie jakiegoś stopa dalej.  Powoli opuszczałem Arequipę mijając górujący nad nią pięknie stożkowaty wulkan El Misti (6075m n.p.m.). Z Arequipy położonej na wysokości 2335m n.p.m autobus wdrapał się na wysokość ponad 4000m n.p.m. a krajobrazy zmieniały się w księżycowe. Widoczność była wspaniała, z góry widać było linię brzegową z Pacyfikiem. Po czterech godzinach jazdy z księżycowych równin wyłoniła się potężna zielona dolina, a droga prowadziła serpentynami już cały czas w dół. Powoli zbliżaliśmy się do Chivay, miasta położonego na samym początku kanionu Colca . W tym miejscu kanion raczej przypomina szeroką dolinę, której zbocza są zagospodarowane przez pola uprawne, niż głęboki kanion.  W Chivay szybko okazało się, że „colectivos” tu nie jeżdżą, a jedyny autobus do Cabancondes to ten, który opuścił Arequipe o godzinie 8:00. Pozostałe dwie godziny spędziłem na śniadaniu i zaopatrywaniu się w prowiant potrzebny na dwu dniowy trekking. Do Cabancondes dojechałem spóźniony 3 godziny w stosunku do pierwotnego planu, więc aby nie ryzykować chodzenia po nocy musiałem zmienić zaplanowaną trasę i rozpocząć trekking od końca, tak aby dotrzeć do osady Sangalle el Oasis przed zmrokiem. Decyzja była bardzo dobra, bo dodatkowo udało mi się uniknąć wycieczek i mogłem się cieszyć samotnością. Po wyjściu z autobusu dopadła mnie strażniczka parku i ku mojemu zadowoleniu wręczyła mi studencki bilet wstępu. No cóż nie oponowałem, był dwa razy tańszy a ja musiałem trochę wymłodnieć podczas tej podróży J. Z Cabancondes położonego na wysokości 3287 m n.p.m. musiałem zejść do Sangalle el Oasis położonego 1100 m niżej. Kanion Colca przez wiele lat był uważany za najgłębszy kanion świata (3191m), po ostatnich badania okazało się jednak, że położony obok kanion Cotahuasi jest od niego głębszy o 150 m. Spoglądając z góry, Cañón del Colca nie zrobił na mnie tak wielkiego wrażenia jak  kanion Colorado, który jest dwa razy płytszy, ale jego bardzo strome zbocza i szerokość robią znacznie większe wrażenie. Po prostu jedziesz po płaskiej powierzchni i dojeżdżasz do ogromnej dziury w ziemi. A kanion Colca to taka trochę bardziej stroma, wąska i głęboka dolina. Jak się okazało zejście na dół zajęło mi około 3 godzin. Schodząc w dół widziałem mikroskopijną osadę Oasis wraz z jej słynnymi basenami, a ponieważ schodziłem mocno nasłonecznionym zboczem, chęć wskoczenia do nich dodawała mi sił i pchała naprzód. Na dole okazało się, że to rzeczywiście oaza, totalna zmiana roślinności, palmy, bananowce i wiele drzew z pięknymi dużymi, białymi kwiatami. Basenów też było więcej niż było je widać z góry, a każdy z nich należał do innego hostelu. Szybko wybrałem ten z największym i jeszcze nasłonecznionym basenem. Nazywał się Eden, a przywitał mnie w nim bardzo miły Indianin o typowym indiańskim imieniu Thomas. Po zrzuceniu plecaka w 4-osobowej lepiance z oknami z babusa, z największym impetem, na jaki miałem jeszcze siłę, wskoczyłem do basenu zasilanego strumieniem, który był jednym z dopływów rzeki Colca. Dopełnieniem było pytanie Thomasa „Quiere Usted cervesa?”. Oj tak, piwo nigdy nie smakowało lepiej! W świetle zachodzącego słońca leżałem sobie sam w ogromnym basenie na dnie prawie najgłębszego kanionu na świecie, popijałem zimne piwko „Arequipeña” i patrzyłem się wysoko w górę oglądającm kondory robiące leniwe kółka na niebie. Życie jest takie wspaniałe! Jak będą mi kiedyś robić zastrzyk, albo borować w zębie to wspomnę tą chwilę 🙂

Następnego dnia wstałem ponownie około 5:00 . Aby zrealizować plan tego dnia czekało mnie jakieś 10 godzin trekkingu ze stromym wyjściem z kanionu. Z Oasis wyszedłem o świcie, przeszedłem most i razem ze wstającym słońcem zacząłem się wspinać na przeciwległe zbocze kanionu. Po jakimś czasie dotarłem do wioski Malata, położonej o 500 m wyżej od Oasis. Była już 9:00 a wioska wyglądała na wymarłą, nawet psa nie było słychać. Szedłem główną ścieżką w wiosce, która składała się z kilkudziesięciu lepianek częściej pokrytych stalową, falistą blachą niż typową, słomianą strzechą. Niektóre z nich miały anteny satelitarne i wielkie stalowe beczki na dachu z napisem „solar shower”. No tak, będąca w nich woda nagrzewała się w ciągu dnia i wieczorem był ciepły prysznic. W Malata znajdował się także maszt sieci komórkowej i kilka latarni. zaraz zastanawiałem się skąd anteny, maszt i latarnie u licha mają tu prąd? Patrzę w górę i widzę kabel przeciągnięty centralnie nad kanionem, zapewne z Cabancondes. Zaraz potem przeszedłem jeszcze jedną wioskę Cosnirhua. W jej centralnym miejscu, zamiast placu i kościoła, znajdowało się o dziwo boisko do koszykówki. Także i ta wioska była jeszcze uśpiona a ja miałem nadzieję na drugie śniadanie. Gdy po wyjściu z wioski zobaczyłem kaktusa z dojrzałymi owocami opuncji, natychmiast się na niego rzuciłem. Opuncje są pyszne, soczyste i słodkie, trzeba tylko delikatnie się do nich dobrać, aby się nie pokłuć. Najlepsze są te czerwone, potem żółte i zielone. Po drugim śniadaniu ruszyłem dalej i po kolejnej godzinie byłem już w kolejnej wiosce Tapay leżącej u stóp wulkanu Nevado Bomboya, którego szczyt był pokryty białą czapą. Po dość szybkim przejściu przez Tapay ruszyłem w dół do wioski San Juan de Chucche, gdzie w pierwszym napotkanym domu załapałem się na lunch. Po krótkim odpoczynku, w towarzystwie żony i córki gospodarza ruszyłem na dół w stronę mostu i szlaku powrotnego do Cobanconde. Jak się dowiedziałem od gospodarza większość ludzi żyje tu głównie z turystyki. Zwyczaje tu są takie, że mąż zajmuje się obsługą turystów w swoim gospodarstwie, a żona z wielkim tobołkiem idzie na szlak i sprzedaje turystom bibeloty. Na moście drogi nasze się rozeszły i sam ruszyłem dalej w górę. Po 4 godzinach marszu dogonił mnie idący wraz z wyładowanymi mułami Indianin o typowym indiańskim imieniu Dawid i zaprosił mnie do wspólnego marszu. O zmroku doszedłem do Cabanaconde, a czas szybko mi zleciał podczas rozmowy z Dawidem. On opowiadał mi o codziennym życiu indiańskiego rolnika w kanionie, a ja opowiadałem mu o odległej krainie Piastów.

Kolejnego dnia ponownie wstałem z samego rana i tym razem ruszyłem do Cruz del Condor, miejsca oddalonego o kilkanaście kilometrów od Cabaconde, znajdującego się na zachodniej krawędzi kanionu tuż powyżej małych jaskini, w których mieszkają kondory. Bardzo chciałem je zobaczyć, bo kondory to największe latające ptaki, rozpiętość ich skrzydeł to ponad 3 metry, ważą okolo 15 kg i są tak ciężkie, że z płaskiej powierzchni nie byłyby w stanie wzbić się w powietrze. Właśnie dlatego zbocza głębokiego kanionu są dla nich idealnym domem. Do Cruz del Condor dojechałem jako jeden z pierwszych, potem już było tylko gorzej. Miejsce to jest głównym punktem wszystkich obwoźnych wycieczek, więc pełno ludzi, no i jeszcze do tego „ciupaga”, czyli miejscowe panie wciskające przeróżne bibeloty. Po godzinie wyczekiwania, wyostrzania wzroku, w końcu pokazały się w oddali dwa pierwsze kondory. Jeden z nich był nawet tak miły, że przyleciał na pobliski kamień jakieś 5 metrów ode mnie na sesję zdjęciową.  Potem było ich coraz więcej, zupełnie nie bały się nadciągających tłumów. Wręcz przeciwnie, zaczynały nam latać nad głowami. Zupełnie jak jakieś bombowce, które leniwie krążą a potem ostro się zniżają i robią zrzut. Mnie się upiekło i nic na mnie nie spadło, a kondory dopełniły wrażeń w bardzo zielonej krainie Colca.

M.

Katedra w Arequipie

Widok na Kanion Colca z Cabanconde

Widok na Tapay i wulkan Nevado Bomboya

Rio Colca

Sangalle el Oasis

Kondor Leniwy

Kondor Szybujacy

Kondor Wysoki

Jak statki na niebie

Wiecej fotek

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 7 Maj 2012 w Peru

 

Tagi: , ,