RSS

Archiwa tagu: koka

Największa solniczka na świecie

Granicę z Boliwią przekroczyliśmy w miejscowości Villazon na wysokości 3 400 m n.p.m a potem już było tylko wyżej. W Boliwii od razu zrobiło się ciekawie: totalne zamieszanie na drogach, kierowcy na siebie trąbią, wjeżdżają na sąsiednie pasy bez ostrzeżenia, a nieliczne znaki drogowe traktują tylko jako sugestię. Po chodnikach niczym mróweczki przebiegają las cholitas, panie ubrane w obszerne, falbaniaste spódnice, sandałki i za małe meloniki a la Charlie Chaplin. Zazwyczaj w kolorowej chuście na plecach dźwigają dziecko lub towar, którym chcą handlować na ulicy. Na dworcu totalny chaos, co chwila zaczepia nas naganiacz autobusowy i drze się Pooootoooosi! Potoootosi! lub Tuuuupiiiiiza! Tuuupizaaa! W środku dworca pełno biur przewoźników autokarowych a każde wygląda jakby miało się zaraz rozlecieć. Przed dworcem sprzedawczynie różnorakich bibelotów, rozłożone na ziemi zjadają właśnie almuerzo czyli lunch, a wokół bezpańskie psy i okropny smród. Spędziliśmy tam ponad trzy godziny czekając na autobus to Tupizy, modląc się aby przyjechał taki, który się nie rozleci po drodze. Właśnie wtedy poznaliśmy Marcina i Zuzę ze Szkocji, z którymi postanowiliśmy pojechać na wycieczkę do Salar de Uyuni i Parku Narodowego Eduardo Avaroa.

Przed czterodniową wyprawą za namową miejscowych postanowiliśmy się zaopatrzyć w liście koki. Miały one uchronić nas przed skutkami soroche, czyli choroby wysokogórskiej. Oddziaływanie liści koki jeszcze w czasach starożytnych pierwsi zauważyli Indianie zamieszkujący dzisiejsze tereny Boliwii i Peru. Używali ich w celach obrzędowych oraz w trakcie dalekich wypraw górskich. Liście koki pozwalały im zwiększyć swoją odporność, zmniejszyć głód i pozwalały pokonywać szybciej spore odległości pieszo na dużych wysokościach. Dopiero w drugiej połowie XIX wieku Niemiec Albert Niemann wyekstraktował z liści koki silnie pobudzającą kokainę. A popularna Coca-Cola do początku XX wieku zawierała znaczne jej ilości. Dzisiaj Coca-Cola nie zawiera już kokainy a w Boliwii i Peru liście koki są powszechnie dostępne i używane zarówno przez miejscowych jak i turystów w celu ochrony organizmu przed negatywnymi skutkami soroche.  Zazwyczaj robi się z nich herbatkę „coca mate” lub po prostu przeżuwa. Nie ma strachu przed uzależnieniem się albowiem naturalne liście koki zawierają około 0,5 % kokainy (co mniej więcej znaczy że do zrobienia 1 grama kokainy jest potrzebne ponad 100 kilogramów liści koki).

Pierwszy dzień był prawdziwą igraszką, piękna słoneczna pogoda, zasuwamy jeepem szutrową w miarę płaską drogą a po drodze podziwiamy szpiczaste góry Palala i Sillar, potem mamy bliskie spotkania z lamami i trochę dalsze ze strusiami. Po południu docieramy do malutkiego pueblo San Antonio de Lipez leżącego na wysokości 4200 m n.p.m u podnóża pokrytego śniegiem wulkanu Uturuncu. Mamy tu „very basic” nocleg, chata z glinianych cegieł pokryta falistą blachą.

Około drugiej w nocy budzi nas głośne dudnienie w dach i silny wiatr. Upss chyba nieźle pada. Resztę nocy w zasadzie przewracamy się z boku na bok. Spanie na tej wysokości jest trochę na niby, zamykasz oczy i udajesz, że śpisz. Nie budzisz się tylko wstajesz zmęczony udawaniem. O 4:30 pobudka i zimna niespodzianka, okazało się że w nocy spadło z pół metra śniegu. Nasz kierowca Rafael szybko ładuje nasze plecaki na dach jeepa i zaczyna nas poganiać. Bardzo chce abyśmy wyjechali pierwsi. Jedziemy ale nie wiemy gdzie i jak, wszędzie biało, ziemia pokryta śniegiem, nad nią gęsta mgła. Rafael według mnie jedzie na czuja, drogi przecież nie widać. Po kilkunastu kilometrach okazuje się, że Rafael ma jakiś szósty zmysł, zgodnie z planem docieramy do jednego z zaplanowanych punktów, jakiegoś opuszczonego pueblo, w którym mieszkali kiedyś górnicy i kopali w pobliskich górach w poszukiwaniu złota. Po kolejnych dwóch godzinach jazdy zmieniam zdanie, gdy Rafael bezmyślnie zakopuje naszego jeepa w zaspie. W ruch idzie kilof i łopata i po takiej rozgrzewce ruszamy dalej. Jesteśmy na 4 855m n.p.m. Potem z godziny na godzinę jest mniej śniegu, aż w końcu w ogóle znika a spod niego wyłania się czerwona pustynia. Jest bardzo sucho. W końcu widzimy jakiś inny kolor niż biały, choć głowy mamy cały czas w chmurach. Gęsty kożuch chmur pokrywa całe niebo, jedziemy dalej tak jakbyśmy byli w jakimś tunelu, z góry ograniczeni szarą powierzchnią a pod spodem czerwono-pomarańczową. Widoki marsjańskie. Szczeny nam całkowicie opadają gdy podjeżdżamy do pierwszej laguny, w której taplają się piękne różowe flamingi. Potem wjeżdżamy na jakieś 5 000 m n.p.m i przenosimy się z Marsa na Wenus. Widoki piekielne jak z obrazów Hieronima Boscha, ziemia się gotuje a z niej wydobywa się gorąca para i zapach siarki, brakuje tylko Lucyfera. Dotarliśmy do Geisers Sol de Mañana. Na nocleg docieramy do malutkiego pueblo Huaylljara, dzisiejszy maraton krajobrazowy zamyka nam super płaska, żółta pustynia będąca przedsmakiem Salar de Uyuni.

Na całe szczęście, następnego dnia na niebie nie ma już ani jednej chmurki, cały czas świeci słońce i od razu robi się nam cieplej i weselej. Większość trzeciego dnia wyprawy upływa nam na oglądaniu wielu lagun o przeróżnych kolorach i zamieszkanych przez duże stada flamingów. Wszystkie odwiedzone przez nas laguny są pochodzenia wulkanicznego, a kolorowa woda jest wynikiem wydobywania się różnych minerałów. Woda w lagunach jest często ciepła, więc wygrzewają się w niej bardzo chętnie flamingi, a w niektórych również ludzie. Poza lagunami i flamingami odwiedzamy również Arbol de Pietra, czyli słynne z pocztówek kamienne drzewo. Dzień kończymy w hostelu, który cały jest zbudowany z soli,  świętując 29 urodziny Marcina. Szkot i Polak dwa bratanki …

Ostatni dzień był ukoronowaniem naszej wyprawy albowiem poświęciliśmy go całkowicie na Salar de Uyuni, czyli największą solniczkę na świecie. Mówiąc bardziej naukowo Salar de Uyuni jest największym na świecie solniskiem, zajmuje powierzchnie ponad 10 tysięcy km² (tyle co powierzchnia całego województwa świętokrzyskiego), znajduje się na wysokości 3600 m n.p.m i jest pozostałością wyschniętego w plejstocenie słonego jeziora Ballivian, powierzchnia solniska pokrywa warstwa soli sięgająca do 20 m i jest najbardziej płaskim miejscem na świecie.

Wyruszyliśmy jeszcze jak było ciemno, aby zobaczyć wschód słońca na słonej pustyni i uwierzcie nam, choć głowa ciążyła opłacało się znowu wstawać o 4:30 rano. Gdy dojechaliśmy do Salar okazało się, że jest zalany wodą, ale tylko troszeczkę, tak na wysokość  10-20 cm. Rafael bez oporów wcisnął gaz do dechy i zasuwaliśmy po wodzie jak amfibią. Gdy tarcza słońca zaczęła wyglądać nad horyzontem zatrzymaliśmy się na malutkiej solnej wysepce.  Kopary nam ponownie opadły  gdy wystające na horyzoncie białe szczyty gór zaczęły się odbijać w całkowicie płaskiej solance. Śniadanie zjedliśmy już na suchej powietrzni soli. Polizaliśmy podłoże, aby sprawdzić czy to nie jest jakaś ściema z tym nadmiarem soli i zaczęliśmy się bawić aparatem oraz otaczającą nas perspektywą. Salar de Uyuni jest zdecydowanie najbardziej kosmicznym miejscem na jakim do tej pory byliśmy!

M.

Góry Sillar

Bliskie spotkanie z lamą

Jesteśmy na 4 855m n.p.m, niezła odmiana po tropikach

W chmurach

Geisers Sol de Mañana 5000m n.p.m.

W Huaylljara na żółtej pustyni

Dzienniak zdobywca 🙂

Laguna i Flamingi

Laguna Colorada 4278 m n.p.m

Flemingi w akcji

Laguna i flemingi zajadające plankton

Arbol de Pietra

Hostel z Soli

Wschód słońca na Salar de Uyuni

Salar de Uyuni, na malucha 🙂

Salar de Uyuni, Szuflandia ?

Salar de Uyuni, pokonać horyzont

Salar de Uyuni, po drugiej stronie

Salar de Uyuni, Marcin w kreskówce

Więcej kosmicznych zdjęć kliknij

 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu 13 kwietnia 2012 w Boliwia

 

Tagi: , , , , ,