RSS

Archiwa tagu: lodowiec

Wspinaczka po lodowcu

Będąc w Nowej Zelandii nie mogliśmy przegapić trekingu na lodowcach Fox i Franz Josef znajdujących się w Parku Narodowym Westland Tai Poutini. Są to dwa najbardziej dostępne lodowce na świecie bowiem jęzor lodowca znajdule się tu na wysokości zaledwie 300 m n.p.m., sama droga do lodowca zajmuje tylko godzinę a najczęściej mijani turyści to Ci w „klapeczkach” (chodzi tylko o turystów zmierzających pod lodowiec aby zrobić sobie symboliczne zdjęcie, sam trekking po lodowcu wymaga już założenia raków). Po trekkingowej rozgrzewce na lodowcu Fox, pod lodowcem Franc Josef zapragnęliśmy przeżyć coś bardziej „challenging”. I tak też się stało następnego dnia wpłacając w cale nie małą kwotę dołączyliśmy do 8-osobowej grupy, która z całym sprzętem wspinaczkowym wyruszyła na podbój lodowca Franz Josef. Dla Marcina ta wspinaczka zapowiadała się jak przysłowiowa bułka z masłem bowiem parę lat temu wspinał się pod Kanczendzongą w Himalajach. Dla mnie – osoby która tylko kilka razy była na ściance wspinaczkowej –  to było dopiero wyzwanie! Nie mniej jednak ciekawość zwyciężyła i objuczona dość sporym balastem (buty wspinaczkowe, raki, czekany, kurtka, 2 litry wody, prowiant na cały dzień, 2 warstwy dodatkowego ubrania na wypadek przemoczenia) z nieśmiałym uśmiechem ruszyłam za resztą grupy. Już po drodze zaklęłam pod nosem kilka razy bo balast w ten upalny jak na Nową Zelandię dzień dawał o sobie znać. Na szczęście po dotarciu pod pierwszą ścianę lodowca zdjęliśmy wszystko z pleców aby móc swobodnie wspinać się w uprzęży.  Większość osób z grupy okazała się być doświadczonymi we wspinaczce także cała wyprawa posuwała się dość sprawnie. W moim przypadku od razu dały o sobie znać słabe mięśnie ramion (a raczej ich brak 🙂 ) bowiem jak każdy początkujący alpinista próbowałam wleźć na szczyt ściany używając siły ramion zamiast siły nóg (co jest poprawną metodą). Odnotowałam szybko w myślach kolejną czynność na liście „must do in Poland” i dzielnie człapałam do góry. Tymczasem Marcinowi szło świetnie. Aż miło było popatrzeć jak zwinnie wraz z innymi pnie do góry. Ja za każdym razem marzyłam o kilkuminutowej przerwie abym mogła trochę odsapnąć, przegryźć batona i oddać się otaczającym nas widokom.  A były one wręcz nieziemskie! Gdzie się tylko obejrzeć ściany lodu a między nimi wąskie szczeliny. Przy morenach bocznych lodowiec niczym nie różnił się od skały bowiem był pokryty skalnym pyłem ale w środku, gdzie się właśnie znajdowaliśmy był śnieżnobiały.

Pod koniec wspinaczki nasz przewodnik zrobił nam niespodziankę i zaprowadził do jaskini lodowej głębokiej na jakieś 20 metrów a wąskiej na pół metra! Oczywiście nie zważając na to, że będziemy kompletnie mokrzy dzielnie weszliśmy do środka. Część osób została na powierzchni. W samej jaskini było jasno bowiem na tej głębokości światło dzienne z łatwością przebijało się przez lodowiec. Podczas tej powolnej wędrówki w głąb jaskini od czasu do czasu ktoś wpadał na siebie ponieważ było przeraźliwie ślisko i nawet założone raki nie pomagały. Po kilku minutach przejście się zakorkowało i musieliśmy wyjść na zewnątrz. Nasza wspinaczka po lodowcu dobiegła końca. Ogromnie wyczerpani ale za to bardzo zadowoleni wyruszyliśmy w dół w stronę pozostawionych bagaży. Tym samym zakończyliśmy zwiedzanie południowej wyspy Aotearoa (co w języku maoryskim oznacza po prostu Nową Zelandią).

D.

lodowiec Fox

lodowiec Fox widoczny z moreny bocznej

szczeliny w lodowcu Franz Josef

lodowiec Franz Josef, początek naszej wspinaczki

Marcin atakujący pierwszą ścianę lodowca

konieczna asekuracja

wszystko pod kontrolą naszego przewodnika

druga godzina wspinaczki

przerwa na fotki

Marcin w jednym ze szczelin lodowca

lodowa jaskinia

czwarta godzina wspinaczki

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 8 lutego 2012 w Nowa Zelandia

 

Tagi: , ,

Mount Cook, trekking w Górach Mglistych

Po drodze z Christchurch do Parku Narodowego Cooka zatrzymaliśmy się na nocleg przy górskim, polodowcowym jeziorze Tekapo. Jego kolor był oszałamiający, przypominał najczystszy, kryształowy błękit. A otaczające go zielone wzgórza sprawiały, że chciało się oddychać głębiej.

Kolejnego dnia, po dwugodzinnej jeździe po górzystych i bardzo wietrznych terenach Alp Nowozelandzkich, w końcu naszym oczom ukazało się ledwo widoczne przez otaczającą nas mgłę pasmo gór Cook Range, które wszystkie szczyty miało tego dnia ukryte w chmurach.. Analogia nasunęła się sama, dotarliśmy do Gór Mglistych, a to przecież w nich znajdywała się góra Caradhrasa w niej Moria, pradawne królestwo krasnali, przez którą przedzierała się Drużyna Pierścienia, w której też zaginął Gandalf Szary.

Rozbiliśmy się we mgle na kampingu o nazwie Wzgórze Białego Konia w dolinie Hooker, w pobliżu lodowca Muellera. Z naszego okna mieliśmy cudowny widok na najwyższą górę Nowej Zelandii czyli Górę Cooka (przez Maorysów zwanej Aoraki, 3754 m n.p.m.). Pogoda była wstrętna, mocno wiało, padał deszcz i jak to w Górach Mglistych wszystko było we mgle. Postanowiliśmy zatem zrezygnować ze wspinaczki na Aoraki i zastanawić się nad innymi możliwościami wspinaczkowymi. Tymczasem, nie chcąc spędzać całego dnia w kamperze pojechaliśmy do pobliskiej doliny Tasmana aby zbadać drogę na największy w Nowej Zelandii lodowiec zwany również Tasmanem. Ku naszemu wielkiemu zdumieniu okazało się, że tuż za płotem w sąsiedniej dolinie nie było tak wiele chmur, świeciło słońce i przede wszystkim nie padało. Wskoczyliśmy w buty górskie i zaczęliśmy wspinać się na czołową morenę lodowca. Z jej szczytu odsłonił na się piękny widok na błękitne jezioro, z którego wystawały wielkie góry lodowe, a w oddali było widać uśmiechający się do nas potężny biały jęzor lodowca Tasmana. Gdy schodziliśmy z góry aby dostać się bezpośrednio na lodowiec, w naszą stronę zaczęło potężnie wiać. Poderwane przez wiatr małe kamyczki zaczęły mocno w nas uderzać. Po paru mocniejszych razach w pośladki i plecy postanowiliśmy zawrócić. Dowiedzieliśmy się potem, że w tych górach wieje bardzo mocno, a prędkość wiatru często dochodzi do 150km/h. Wróciliśmy do naszej dolinki a w niej tak samo jak przed naszym wyjazdem widać było same mleko, lało i wiał mocny wiatr. Na szczęście następny dzień zgodnie z prognozami pogody miał być wyśmienity. Ubrani w bieliznę termoaktywną, mocno opatuleni w puchowe śpiwory położyliśmy się wcześnie spać z zamiarem wczesnego wymarszu. Tej nocy było naprawdę zimno, ale to nic w porównaniu z mrozami jakie dopadły wówczas nasz rodzinny kraj.

Nastepnego dnia obudzilismy się o 6 rano, za oknem bez zmian, mleko i deszcz, ucięliśmy sobie zatem dodatkową drzemkę. Kolejny raz zbudziliśmy się o 8, nie padało i niebo zaczynało się przejaśniać. Trafiliśmy w nasze okno pogodowe! Chcieliśmy pokonać jakieś 1200m przewyższenia, aby dostać się do chaty Mullera (schronisko górskie) i wrócić tego samego dnia bowiem nocleg w chacie był sześć razy droższy niż ten na kampingu. Początkowo szliśmy dość łaskawą ścieżką pośród tutejszej odmiany kosodrzewiny, do punktu zwanego Kea często odwiedzanego przez turystów w sandałkach. Po dojściu do niego ukazał się nam piękny widok na Jezioro Mueller z jeszcze ledwo widocznym lodowcem Muellera i Huddlestona oraz wyłaniającym się z oddali szczytem najwyższej góry Aoraki. Następnie zaczęło się strome podejście do Sealy Tarns (małych zielonych oczek wodnych). Tą częścią szlaku idą ci bardziej wytrwali turyści więc i sam szlak jest dobrze przygotowany, z często i gęsto usypanymi stromymi schodami, które trawersują stromo w górę. Z Sealy Tarns widać już wspaniale pobliską górę Footstool (2764m n.p.m.) i za nią wysoką Aoraki oraz spływającą z niej biały jęzor lodowca Hookera. Z tego miejsca w górę jest już bardzo stromo, a ledwo dostrzegalny szlak prowadzi stromym żlebem, po którym idzie się bardzo wolno, jest grząski, krok do przodu, noga opada do połowy i dalej, jeden krok równa się połowie. Dodatkowo pomimo słonecznego dnia zaczął delikatnie prószyć śnieg. Po półtora godzinnym podejściu stromym żlebem, po jednym kryzysie Diany, która w pewnym momencie siadła na wielkim kamieniu i zamarudziła „nie idę dalej”:-), po pokonaniu skalnego rumowiska, doszliśmy wreszcie, choć bardzo zmęczeni, na grań Sealy Range. Warto było się tak zmęczyć! Przed naszymi oczami pojawiła się wspaniała panorama na drugą stronę Sealy Range oraz na Aorak, górujący nad otaczającymi go Alpami Nowozelandzkimi, dodatkowo po drugiej stronie wyłoniła się Góra Stefton (3151m n.p.m.) z pięknym lodowym szczytem i groźnie wyglądającymi serakami wiszącymi wysoko oraz szeroki szczyt Góry Tompson (2642 m n.p.m.). Oczywiście za plecami rozciąga się również wspaniały widok na dolinę Hookera, w której znajdował się nasz kamping. Po grani do chaty Muellera szliśmy jakieś kolejne 30 minut, szliśmy po świeżym śniegu, który zapewne był skutkiem wcześniejszych opadów. W chacie spotkaliśmy Ulfa z koleżanką. Ulf to pięćdziesięcioletni Belg, który opiekuje się chatą. Ma długie ciemne włosy, długą pociągłą twarz z lekko siwym kilkudniowym zarostem. Wygląda jak Strażnik Północy, Aragorn syn Arathorna, spadkobierca Isildura. W zamian za kilkudniową opiekę nad chatą nie musi płacić za spanie. Wielka szkoda, że po zjedzeniu kanapek i zupy musimy wracać z powrotem. Panorama z chaty ma już 360 dookoła. Sama chata nie jest najwspanialsza i nie umywa się do najskromniejszych schronisk w naszych Tatrach, ale byłaby dobrym punktem wypadowym na dalszą wędrówkę, na pobliskie ośnieżone szczyty Kitchener (2042m n.p.m.) i Annette (2235m n.p.m.). Wraz z zachodem słońca, zupełnie padnięci schodziliśmy do naszego kampingu. Ku naszemu zaskoczeniu, po mimo ostrego zejścia, oba kolana Marcina ledwo bolą i oba tak samo. Już nie widać różnicy między tym operowanym a tym zdrowym. Dobra robota doktorze Grela! Wygląda na to, że kolano jest jak nowe a góry stoją dla Marcina ponownie otworem!

Następnego dnia zrobiliśmy sobie kilkugodzinny spacer w stronę Aoraki, pod spływającą z niej lodowiec Hookera. Dalej już samemu się nie da. Wspinaczka na Górę Cooka jest dozwolona wyłącznie z przewodnikiem, z którym i tak trzeba wysoko wylecieć helikopterem. Oczywiście wszystko słono kosztuje i jest poza naszym zasięgiem. Po przejściu wzdłuż jeziora lodowcowego i dojściu do lodowego jęzora dopadło nas załamanie pogody, zaczyna znowu padać i ostro wiać. Zawinęliśmy się zatem z powrotem na kamping. Na kampingu spróbowaliśmy uruchomić nasze auto, a zamiast dźwięku uruchamianego silnika usłyszeliśmy tylko ciche brzęczenie alternatora. Nasz akumulator znów padł. Tym razem przyjęliśmy to ze stoickim spokojem 🙂

M i D

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 28 stycznia 2012 w Nowa Zelandia

 

Tagi: ,