RSS

Archiwa tagu: miasto

Pępek świata i sanktuarium Dziewic Słońca

Do Cuzco, czyli pradawnej stolicy imperium Inków dojechaliśmy autobusem bezpośrednio z Puno. Tym razem obyło się bez blokad. Razem z poznaną na wyspach Titicaka, polską wesołą parą z Teksasu Anią i Wojtkiem, po sześciu godzinach drogi dojechaliśmy na miejsce. Po drodze, szare, skaliste i górzyste krajobrazy zaczęły powoli ustępować coraz bardziej zielonym i bujnie porośniętym dolinom. To było wyraźnym znakiem, że zmniejszamy wysokość i w końcu będzie trochę cieplej. Cuzco leży tylko na 3400 m n.p.m., a nazwa miasta w wolnym tłumaczeniu w języku keczua oznacza pępek świata. My ten pępek od razu polubiliśmy, zapewne przez wzgląd na wspaniały rynek Plaza de Armas, który otoczony średniowiecznymi kamienicami, wielką katedrą, kawiarenkami i restauracjami troszeczkę zaczął nam przypominać ukochany Kraków. Dla przeciętnego turysty Cuzco wcale nie przypomina byłej stolicy Inków, lecz średniowieczne hiszpańskie miasteczko. A to wszystko za sprawą stuosobowego oddziału hiszpańskich konkwistadorów Francisco Pizarra, który podstępem podbił królestwo Inków około 500 lat temu. W 1533 roku Pizarro wykorzystał sytuację osłabionego wojnami domowymi królestwa Inków i zaprosił ówczesnego władcę Atahualpę wraz z gronem kilkutysięcznej arystokracji inkaskiej do swojego obozu. Przybyli oni bez broni, zaś w czasie uczty zostali podstępnie napadnięci i wymordowani przez żołnierzy hiszpańskich. Z rzezi oszczędzono i wzięto do niewoli tylko samego władcę. Obiecano mu wolność w zamian za potężny okup: jedną komnatę wypełnioną złotem i dwie komnaty wypełnione srebrem. Faktycznie Hiszpanie otrzymali sześć ton złota i dwanaście ton srebra, lecz mimo to Atahualpa został skazany na śmierć przez spalenie na stosie. Według wierzeń Inków, spalenie ciała było równoznaczne z zabiciem duszy. Hiszpanie zgodzili się więc na zamianę wyroku śmierci na uduszenie pod warunkiem wcześniejszego przejścia skazańca na chrześcijaństwo. Tak też się stało. Ciało Atahualpy zostało w nocy potajemnie wykopane z grobu przez wiernych Indian i ukryte. Po śmierci władcy Inków, jego dwie armie się rozpierzchły, a niewielka armia Pizarra opanowała w ciągu kilku lat całe imperium. W trakcie tych podbojów stolica Inków została zburzona a nowe budowle hiszpańskie powstały na jej ruinach. Na zgliszczach świątyń i pałaców inkaskich powstały klasztory i kościoły katolickie, a wiara w pradawnego Boga Słońca zastąpiona została wiarą w Chrystusa. Nawracanie Indian i szerzenie Słowa Bożego było prowadzone częściej ogniem i mieczem niż miłością do bliźniego oraz dobrym uczynkiem i słowem. Kilka nielicznych śladów królestwa inkaskiego można znaleźć po wdrapaniu się na jedno z otaczających miasto wzgórz Sacsayhuamán. Jest to pozostałość twierdzy (albo raczej jej murów), która to stanowiła ostatni punkt obrony inkaskiej przez Manco Inca. Na sąsiednim wzgórzu znajduje się potężny posąg Jezusa Chrystusa górującego nad całym miastem. Podobne posągi Chrystusa można znaleźć w każdym większym mieście latynoamerykańskim, a największy znajduje się w Rio de Janeiro. Są one symbolem wielkiej wiary katolickiej mieszkańców Ameryki Południowej. W Cuzco spędziliśmy kilka dni w typowo turystyczny sposób: zwiedzaniu okolicznych budowli, degustacji peruwiańskiego specjału alkoholowego tj. pisco sour (wódki z winogron z dodatkiem białka i soku cytrynowego, smakuje podobnie do margherity, pycha!), smakowaniu Cuy, czyli smażonej świnki morskiej będącej miejscowym przysmakiem, przyglądaniu się folklorowym pokazom różnych miejscowych plemion indiańskich przy kawce w Starbucksie. Mniej więcej tak wyczekiwaliśmy do 2 maja, czyli okrągłych (podwójna 17tka) urodzin Marcina, które postanowiliśmy spędzić na jednym z nowych 7 cudów świata tj. Machu Picchu.

Mieliśmy kilka pomysłów jak zaatakować Machu Picchu. Początkowo myśleliśmy o klasycznym Inka Trail, czyli kilkudniowym trekkingu starym szlakiem Inków, potem o trekkingu połączonym z rowerowym down-hillem. Niestety wszystkie analizowane warianty wymagały specjalnych pozwoleń i wynajęcia agencji a ta kosztowała całkiem sporo. Po kilku dniach kombinowania przez Dianę, postanowiliśmy dojechać tam sami. Z 2-miesięcznym wyprzedzeniem, z pomocą Profesorka (dzięki Urwisie!) zakupiliśmy bilety wstępu do Machu Picchu z limitowanym wejściem 400 osób na wzgórze  Huyana Picchu. Tu ważna informacja dla tych, którzy planują zwiedzić Machu Picchu! W lipcu 2011 roku rząd peruwiański, chcąc pozbyć się uciążliwych dla wielu turystów kolejek przed wejściem na Machu Picchu, postanowił wprowadzić internetową sprzedaż biletów.  Oznacza to, że jeśli ktoś planuje wejść także na Huyana Picchu to musi wykupić sobie z dużym wyprzedzeniem bilet łączny obejmujący wejście na Machu Pichu i Huyana Picchu. Na Huyana Picchu może bowiem w danym dniu wdrapać się tylko 400 osób (przy dziennym limicie 2500 osób na Machu Picchu). Wejście na Huyana Picchu odbywa się w dwóch turach: 200 osób wchodzi między godziną 7:00-8:00 a kolejna grupa 200 osób w godzinach 10:00-11:00. Mimo, że te przepisy weszły w życie prawie rok temu wielu turystów o nich nie wie. Przewodniki milczą na ten temat. Agencje nadal sprzedają bilety obejmujące tylko wejście do Machu Picchu, nie wspominając klientowi o konieczności wykupu biletu na Huyana Picchu.

Dzień przed Marcina urodzinami wsiedliśmy do „collectivos”, czyli minibusa będącego lokalnym transportem i zapakowani w 13 osób do 8 osobowego auta pojechaliśmy do miasteczka Ollantaytambo. Tego samego dnia udało się nam zwiedzić mniej popularną część ruin dawnych budowli inkaskich. Wejście do części bardziej turystycznej kosztuje tyle co bilety na Machu Picchu, także sobie darowaliśmy. W Ollantaytambo spędziliśmy jedną noc i bardzo wczesnym rankiem, a właściwie jeszcze nocą, pierwszym pociągiem ruszyliśmy do Aquas Calientes tj. najbliższego miasteczka przed Machu Picchu. Na wzgórze, na którym znajdują się ruiny Machu Picchu wjeżdża się autobusem odchodzący właśnie z Aquas Calientes lub wchodzi piechotą (zajmuje to jednak więcej niż godzinę).Po tym co do tej pory widzieliśmy i mając w głowie relacje o tłumach turystów na Machu Picchu, mieliśmy pewne obawy że nie zrobi ono na nas większego wrażenia, a tłok może spowodować odrazę. Byliśmy jednak  tym miejscem zachwyceni! Machu Picchu zanim się je właściwie zobaczy już robi wrażenie, bowiem jest położone w jednym z najcudowniejszych naturalnych miejsc, jakie do tej pory widzieliśmy. Opłaca się przyjechać wcześnie rano, albowiem można być świadkiem wręcz mistycznego zjawiska, kiedy okryte jeszcze gęstymi chmurami miasto powoli zaczyna się wyłaniać spośród zielonych wzgórz. Gdy chmury się rozpierzchną widać cudowną panoramę, dookoła wysokie pokryte bujną roślinnością wzgórza, w dole wielka przepaść i ledwo widoczna rzeka przepływająca przez dolinę. Widać od razu, że miasto było twierdzą nie do zdobycia – otoczone z trzech stron urwiskami, umiejscowione tak wysoko, że nie widać jej z dołu. Uczta dla oka, uczta dla ducha! Po tym spektaklu udaliśmy się do wejścia na Huyana Picchu, czyli pobliską górę, z której można objąć jednym spojrzeniem całe miasto Machu Picchu oraz cieszyć się wspaniałym widokiem na otaczający krajobraz. Miasto wyraźnie podzielone jest na dwie części: rolniczą oraz miejską. Pierwsza to nic innego jak strome tarasy uprawne z pionowymi, kamienistymi ścianami pomiędzy nimi. Część miejska obejmuje: obserwatorium astronomiczne, wiele świątyń i pałaców oraz część mieszkalną. Machu Picchu zostało zbudowane w drugiej połowie XV wieku przez Inków, a ostatnie badania archeologiczne wskazują na to, że było ono sanktuarium Dziewic Słońca, a nie typowym miastem. Choć według nas to nic innego jak wypasiona willa ówczesnych magnatów synów Boga Słońca, którzy chcieli być bliżej nieba. Największą zagadką miasta pozostaje jego nagłe opuszczenie w 1537 roku.

W trakcie samego zwiedzania tłum turystów nie był nawet taki duży. Największe natężenie ruchu miało miejsce w godzinach południowych, kiedy pojawiły się zorganizowane wycieczki. Można je jednak przyjemnie ominąć wylegując się i wygrzewając na północnych tarasach uprawnych z najlepszym widokiem na miasto i dwa charakterystyczne z pocztówek wzgórza: mniejsze Wayna i większe Huayna Picchu. Dziś już trudno sobie wyobrazić, że Tony Halik jakieś 50 lat temu rozbił tu namiot i biwakował ze swoją żoną przez kilka tygodni w trakcie jednej ze swoich pierwszych wielkich podróży przez obie Ameryki z Ziemi Ognistej do Alaski. No cóż spróbujmy, zamykamy oczy i … Strzała Tony! 🙂

M. i D.

Tak wygląda Pępek Świata

Placa de Armas w Cuzco, folki jak w Krakowie

Cuy, smażona świnka morska, miejscowy przysmak, pycha:)

Jesus Cristo Blanco

Machu Picchu wyłaniające się z chmur

Widok na Machu Picchu z Huayna Picchu

Widok z Huayna Picchu, wyraźny podzial miasta na część rolniczą i miejską

Pocztówkowe Machu Picchu

Lokalesi

Dobre miejsce do wylegiwania się

A to wypas!

Wiecej zdjec z Cuzco, Ollantaytambo, Machu Picchu

 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu 2 Maj 2012 w Peru

 

Tagi: , ,

Targ czarownic i lucha libre

Pierwszy raz lucha libre obejrzeliśmy w TVN w programie Martyny Wojciechowskiej „Kobieta na krańcu świata”. Pamiętam, że ten odcinek zrobił na nas ogromne wrażenie i bardzo zapragnęliśmy zobaczyć to wydarzenie na żywo. Lucha libre to nic innego jak latynoamerykański wrestling. Zyskał on w Boliwii na ogromnej popularności gdy na ringu zaczęły pojawiać się cholitas szukające dodatkowego źródła dochodu. Co do zasady te walki powinny być ustawione jak w amerykańskim wrestlingu, jednakże zdarza się, że walczący doznają prawdziwych kontuzji. Sami byliśmy świadkami podpalenia ale o tym za chwilę…

Aby zobaczyć lucha libre musieliśmy się udać do stolicy Boliwii czyli La Paz. Jest to podobno jedyne miejsce w Boliwii gdzie organizuje się walki cholitas. Najkrótsza droga z Sucre do La Paz była akurat nieprzejezdna także znowu musieliśmy spędzić kilkanaście godzin w autobusie. Zmarzliśmy okropnie bowiem autobus nie miał ogrzewania a na zewnątrz panował przeraźliwy ziąb.

Do miasta wjeżdżaliśmy chyba przez półtorej godziny. La Paz położone jest bowiem w rozległej dolinie rzeki La Paz, która nie ma końca. Samo miasto liczy 1,1 mln mieszkańców, ale razem z przedmieściem El Alto tworzy ponad dwumilionową aglomerację miejską. W związku z tym, że miasto to położone jest na wysokości miedzy 3600 a 4100 m n.p.m. czyni je najwyżej położoną stolicą na świecie. Pierwszy dzień w La Paz postanowiliśmy spędzić na zwiedzaniu okolicznych atrakcji. Jedną z nich jest Mercado de Hechiceria czyli Targ Czarownic gdzie sprzedaje się różnorakiego rodzaju talizmany, zioła, proszki, święte figurki Pachamamy tj. bogini, która według wierzeń miejscowych stworzyła świat. Szczególnie zainteresowały nas wyschnięte płody lam, które wisiały prawie przy każdym stoisku. Trzeba było się bardzo pilnować bo ruch na Targu Czarownic był tego dnia naprawdę duży. Po godzinie wędrowania między stoiskami, pewnej bardzo przekonującej kobiecie udało się wcisnąć nam mały talizman za 5 boliwianos. Opłata była jednak raczej za zdjęcie, które pozwoliła sobie zrobić niż za sprzedany towar. W tym miejscu chciałabym Wam wyjaśnić, że w Boliwii miejscowi nie lubią jak im się robi zdjęcia, szczególnie dotyczy to starszych kobiet. Uważają one bowiem, że zdjęcie wykrada im duszę. Często także spotkaliśmy się z żądaniem opłaty za wykonane zdjęcie i to w cale nie małej kwocie!

Następnego dnia obudziłam się z wysoką gorączką i dreszczami. Mimo tego postanowiłam pojechać z Marcinem do najwyżej położonej dzielnicy La Paz tj. El Alto, gdzie odbywały się właśnie walki cholitas. Początkowo na ringu walczyli sami mężczyźni. Pierwsza walka wydawała się ustawiona do czasu gdy koszula jednego z walczących zajęła się żywym ogniem. Chłopak zaczął krzyczeć, rzucił się na ziemię a po chwili został okryty kocem przez organizatorów. Potem widzieliśmy na jego ramieniu ślady oparzenia i myślę, że to był jeden z tych nieprzewidzianych wypadków na ringu. Po jakiś 20 minutach na ring weszły cholitas, ubrane w kolorowe, przystrojone falbanami i świecidełkami spódnice, oczywiście z melonikami na głowie ;). Widownia zdecydowanie się ożywiła. Suknie wirowały, warkocze podskakiwały, tylko od czasu do czasu donośny krzyk jednej z walczących przypominał nam, że to nie taniec a walka. Polała się nawet krew gdy jedna z walczących uderzyła krzesłem drugą! Według Marcina nie była to krew ale ketchup, ja nie do końca byłam o tym przekonana. Podczas ostatniej walki, w osobie jednej z walczących rozpoznałam główną bohaterkę wspomnianego wcześniej odcinka „Kobieta na krańcu świata”. Po zakończonej walce podeszłam do niej i chwilę z nią rozmawiałam. Nie myliłam się, kobieta pamiętała ekipę TVN i poprosiła abym pozdrowiła Martynę. Teraz pozostaje mi tylko spotkać gdzieś Martynę, może na jakimś wierzchołku wielkiej góry, na którą z pewnością zaciągnie mnie kiedyś Marcin :).

Już pod koniec walki czułam, że mam wysoką gorączkę i powinnam położyć się do łóżka. Drogę do naszego hostelu pamiętam jak przez mgłę. W nocy obudziły mnie silne wymioty i biegunka. Na przemian mdlałam i odzyskiwałam przytomność. Marcin był bardzo zaniepokojony i mówił coś o szpitalu. Nasza dalsza podróż w kierunku Peru stała pod znakiem zapytania. Do tej pory nie wiemy czy było to zatrucie czy może skutki soroche, które ujawniło się z opóźnieniem. W sumie nadal przebywaliśmy na ponad 3700 m n.p.m. a ja od dłuższego czasu nie żułam koki. Jednakże po 2 tygodniach przebywania na 3000 m powinnam być już zaaklimatyzowana. No coż, nie wszystko można przewidzieć w podróży, takie są jej uroki.

D.

Targ Czarownic, tu można kupić wszystko: winko mszalne, dopalacze i maskotki z płodów lamy

Targ Czarownic: lamie trupki i statułetki Paczamamy

Targ Czarownic: tym zdjęciem skradliśmy duszę czarownicy i to za darmo!

Przed Katedrą ślub a jak ślub to i druchny

Ulice La Paz: z górki i pod górkę dają radę tylko autobusy po tunningu

Widok na La Paz z El Alto: hej górole i wy cepy tam na dole

Lucha libre: było gorąco

Lucha libre: kiecki latały

Lucha libre: bez litości

Lucha libre: babski nelson

Lucha libre: po zmyciu siniaków, pierwsza z prawej to bohaterka odc. „Kobieta na krańcu świata”

 
3 Komentarze

Opublikował/a w dniu 22 kwietnia 2012 w Boliwia

 

Tagi: , , ,

Boliwia maybe time

A miało być tak pięknie i gładko. Po obrzydliwym Uyuni postanowiliśmy zwiedzić bardziej urokliwe miasto w Boliwii tj. Sucre i ominąć górnicze, zaśmiecone Potosi. Problem polegał jednak na tym, że droga do Sucre wiodła właśnie przez Potosi. Na dworcu autobusowym w Uyuni powiedziano nam, że postój w Potosi nie powinien trwać dłużej niż godzinę, że należy przesiąść się do innego autobusu o tej samej nazwie, który po 3 kolejnych godzinach zawiezie nas do upragnionego Sucre. Już sam wybór przewoźnika był bardzo trudny bo wszyscy oferowali bilet za podobną cenę, o podobnym standardzie (czytaj: bez ubikacji na trasie zajmującej 5-6 godzin) a przewodnik Lonely Planet milczał w tej kwestii (jak i w wielu innych przydatnych kwestiach też). Koniec końców, z tylko 40-minutowym opóźnieniem wyruszyliśmy. Po krótkiej drodze asfaltowej, która zakończyła się tuż za miastem wjechaliśmy na drogę szutrową. Pewnie sobie teraz myślicie „no i co z tego?”. My byliśmy zaniepokojeni bo właśnie tą szutrową drogą jechaliśmy prawie dwie godziny po górach na wysokości 4000 m n.p.m., drogą która miała zaledwie 1,5 pasa a pod nią rozciągała się ogromna przepaść. Co gorsza, nasz autobus stawał co dwadzieścia minut z niewiadomej przyczyny, kierowca wysiadał, potem wsiadał i nic nie mówił. Od czasu do czasu widać było jakieś roboty budowlane tzn. wykopy, urządzenia do umacniania gruntu ale robotników brak, czyli tak jak w Polsce :). Na szczęście po dwóch godzinach wjechaliśmy w nieco szerszą, asfaltową drogę. Uff, jednak pojawił się inny problem, a mianowicie zachciało mi się iść do „baño”. Rozglądam się dookoła, pełno kobiet i dzieci i nikt kurna ani nie pomyśli zapytać kierowcę czy mógłby uprzejmie się zatrzymać. No coż, po trzech godzinach jazdy nie wytrzymałam i ruszyłam do przodu. Najpierw nie mogłam otworzyć drzwi od strony kierowcy ponieważ jak się potem okazało w klitce razem z kierowcą siedziało 6 osob: dwie kobiety, w tym jedna z niemowlęciem, dwóch chłopców i starszy pan! Były to osoby, które nie zmieściły się do środka autobusu i chciały za mniejsze pieniądze dojechać do domu. Uprzejmie wytłumaczyłam kierowcy o co mi chodzi, a on równie uprzejmie powiedział, że za pięć minut będzie krótki postój. Super, wysiedliśmy. Łazienki w okolicy oczywiście nie było, tylko „baño naturale”, jak zresztą prawie w całej Boliwii poza miastem. Pojechaliśmy dalej. Tuż przed Potosi kierowca znowu zatrzymał autobus. Tym razem sprawdzał czy każdy pasażer posiada bilet. W Boliwii bowiem jest taki system, że bilety sprawdza się na samym końcu jazdy, dziwne.

Potosi zaprezentowało się nam tak jak przypuszczaliśmy. Wjazd do miasta to hałdy gruzu wysypywanego z kopalni, obrzydliwe metalowe taśmy i rury prowadzone do kopalń, zaniedbane sklepy i sklepiki, pierwsze niedokończone zabudowania mieszkalne, które wyglądały na opuszczone i górująca nad tym wszystkim statua Jezusa Chrystusa stojącego na wzgórzu z rozpostartymi ramionami (podobna do statuy w Rio de Janeiro tylko o wiele mniejsza). Centrum również nie oferowało niczego przyjemnego dla oka. Gdy dojechaliśmy do dworca autobusowego zapytałam kierowcę gdzie mamy się przesiąść, on wskazał punkt w oddali i powiedział „nuevo platforma”. Ok, poszliśmy zatem na platformę dziewiątą i tam czekaliśmy, czekaliśmy, czekaliśmy. W końcu się zdenerwowałam i poszłam do biura przewoźnika. Tam pani oznajmiła mi, że autobus do Sucre przed chwilą odjechał. Jak to kurna odjechał?! A no tak. To jej mówię, że czekaliśmy przed platformą dziewiątą i żadnego autobusu nie widzieliśmy. Jak się potem okazało autobus do Sucre nie odjeżdżał z platformy dziewiątej tylko z nowego czyli „nueva” dworca autobusowego. Biegiem popędziliśmy do najbliższej taksówki i gazu na nowy dworzec! Tam się rzeczywiście okazało, że autobus do Sucre odjechał a najbliższy będzie za dwie godziny. Szczerze to nam się nie uśmiechało siedzieć kolejnych trzech godzin na dworcu w Potosi nie mając w sumie pewności czy rzeczywiście autobus do Sucre przyjedzie za te dwie godziny. Bo w Ameryce Południowej poczucie czasu jest takie jak w Gruzji, jak pisał Meller w swojej książce Gaumardżos „Georgia maybe time”, czyli może dziś, może jutro, może za dwie godziny, może za cztery a może nigdy, kto wie :). Nie chcąc ryzykować nocnej podróży po Boliwii, olaliśmy bilety zakupione u pierwszego przewoźnika i wgramoliliśmy się do pierwszego rozlatującego się autobusu jadącego do Sucre. Nie powiem, było tanio, ale czy wygodnie? Zajęliśmy ostatnie dwa miejsca siedzące i to na samiutkim końcu. Ja przy miejscowej „cholita” z czteroletnim synkiem na kolanach, a Marcin przy miejscowym „macho”. Zapowiadało się ciekawie! Po drodze kierowca zebrał kolejne 12 osób, które wraz ze swoimi bagażami stały w przejściu uniemożliwiając w ten sposób jakikolwiek ruch. Brakowało tylko kóz, kur i prosiaków :). W dodatku przez te trzy godziny jazdy nikomu ani się nie śniło otworzyć okna. Nie wiem czym to jest spowodowane. Możliwe, że ci ludzie ciągle marzną w swoich domostwach (jak do tej pory w Boliwii nie mieliśmy pokoju z ogrzewaniem) i jedynym ciepłym miejscem aby się ogrzać jest autobus pełen ludzi, albo po prostu nie przeszkadza im wszechobecny smród. Gdy po godzinie braku dopływu świeżego powietrza otworzyłam na chwilę okno, kilka par oczy gniewnie na mnie spojrzało. Nie próbowałam już więcej. Byliśmy jedynymi gringos w autobusie i trzeba było uszanować zwyczaje miejscowych.

Gdy zbliżaliśmy się do Sucre było już ciemno. Już na przedmieściach ludzie zaczęli wysiadać a my za nimi pilnując, aby nie zabrali naszych bagaży. Kradzież bagaży z autobusu jest na porządku dziennym, szczególnie w Boliwii i Peru. Byliśmy zatem przeszczęśliwi jak dojechaliśmy do dworca autobusowego w Sucre. Krótkie targowanie się z taksówkarzem, przyjazd do pensjonatu i upragniony sen.

Następnego dnia wybraliśmy się na zwiedzanie miasta, które okazało się najładniejszym miastem w Boliwii. Sucre jest konstytucyjną stolicą Boliwii a jednocześnie jednym z najstarszych miast założonych przez hiszpańskich konkwistadorów (1538 r). Miasto otoczone jest wzgórzami Churuquella oraz Sica-Sica z krzyżem oświetlającym pobliską okolicę. W centrum można podziwiać przepiękną, zabytkową katedrę, klasztor San Felipe Negri, Casa de la Libertad oraz Palacio de la Glorieta. Nam udało się zarezerwować bardzo przytulny pensjonat w zabytkowej części miasta czyli la Recoleta, z którego roztacza się przepiękna panorama. Idealne miejsce na zasłużony odpoczynek i krótkie weekendowanie po trudach podróży w Boliwijskie góry i pustynie :).

D.

Centrum Sucre

Leniwy strajk na rynku

Widok z naszego pensjonatu

Panorama Sucre

i jeszcze raz nocą

jeden na drugim

znalazł się nawet teatr narodowy

Na targu

jak ten owoc się nazywa, hhhyyy? w każdym razie był brdzo słodki

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 20 kwietnia 2012 w Boliwia

 

Tagi: ,