RSS

Archiwa tagu: pustynia

Niespodzianka na środku pustyni czyli strajk po peruwiańsku

Z Arequipy postanowiliśmy pojechać do Nazca gdzie znajdują się słynne linie obrazujące przeróżne figury geometryczne, zwierzęta i rośliny. Linie te zostały stworzone przez Indian Nazca między rokiem 200 p.n.e. (według najnowszych badań) a 650 n.e. i swoim bardzo dobrze zachowanym kształtem zachwycają do dziś. Co ciekawe linie nie są, jak na początku myśleliśmy, wyryte w skale. Indianie sporządzili je poprzez ustawianie większych kamieni i odgarnianie czerwonego żwiru odsłaniając tym jaśniejszą ziemię. W ten sposób powstało zagłębienie, które przeciętnie ma jakieś 3 cm głębokości i ok. 40 cm szerokości. Najdłuższa linia ma kilkanaście kilometrów długości i jest idealnie prosta. Co ciekawe linie są czyszczone samoistnie przez wiatr, który przesuwa drobne kamyczki z powierzchni linii i w ten sposób regularnie odkrywa jaśniejszą glebę. Linie nie są także niszczone przez spływającą z gór wodę bowiem zostały umiejscowione na wyżej położonej powierzchni. Gdy pada tu deszcz (co jest niezwykle rzadkim zjawiskiem) woda spływa dokładnie obok linii, nie niszcząc zarysu utworzonych przez linie figur. To daje nam tylko niewielkie wyobrażenie z jak niezwykle mądrą cywilizacją mamy do czynienia. Niesamowite jest to, że Indianom udało się ułożyć linie tak aby przedstawiały one rysunki 93 metrowej małpy z zakręconym ogonem, pająka z 40 metrowymi odnóżami, kondora o przekroju 120 metrów i wielu innych zwierząt. Podobno Indianie do utworzenia tych rysunków wykorzystywali kawałki lin i obliczenia matematyczne. Podobne obliczenia matematyczne zostały wykorzystane wiele lat później przez niemiecką uczoną Marię Reicher, która jako pierwsza odkryła rysunki na powierzchni ziemi. Należy zaznaczyć, że linie Nazca są absolutnie niewidoczne z powierzchni ziemi (co nota bene przyczyniło się do ich częściowego zniszczenia przez człowieka budującego na tym terenie drogę). Można je zobaczyć z wysokiej platformy, wzgórza a najlepiej z lotu ptaka. Najbardziej jednak nurtująca jest teoria powstania tych linii.  Według najbardziej powszechnego poglądu linie stanowiły rodzaj kultu ówczesnym bogom. Według natomiast Paula Kosoka i Marii Reiche, linie związane są z prowadzonymi przez Indian obserwacjami astronomicznymi wykorzystywanymi do określania pory siewu i zbiorów. Niektóre linie bowiem pokrywają się z orbitalnym ruchem gwiazd, a gigantyczne kontury zwierząt wiernie odzwierciedlają gwiazdozbiory. Pojawiła się nawet teoria, że linie służyły nawadnianiu okolicznych, suchych terenów zajmowanych przez Indian. Najbardziej jednak ciekawą teorią jest teoria wysnuta przez szwajcarskiego pisarza Ericha von Däniken, który twierdzi, że linie były lądowiskiem dla przybyszów z kosmosu :).

Porzucę jednak temat linii Nazca i przejdę do bardziej życiowego wątku naszej podróży. Do Nazca z Arequipy prowadziła tylko jedna droga tj. Panamericana Sur. W związku z tym, że droga ta przebiega przez pustynię (a więc widoki są raczej monotonne) wybraliśmy nocny autobus w zachwalanej przez wszystkich firmie Cruz del Sur. Podróż miała trwać tylko 10 godzin. Kto by pomyślał, że będzie trwała aż 45! Zaczęło się w środku nocy, autobus nagle stanął. Nikt się tym początkowo nie przejął bowiem znajdowaliśmy się w Peru a tu wszystko jest możliwe. Wróciliśmy zatem pod nasze kocyki aby oddać się objęciom Morfeusza. Przebudziła nas jednak okropna duchota panująca w autobusie. Postanowiliśmy wyjrzeć na zewnątrz i zobaczyć co się stało. Przed nami i za nami stał rząd innych autobusów, ciężarówek i samochodów osobowych. W oddali jakieś bębnienie i okrzyki. Po chwili dowiedzieliśmy się, że droga została zablokowana przez strajkujących górników, którzy domagają się wyższych płac oraz zmniejszeniu ilości wywożonych z krajów surowców mineralnych. Powiedziano nam również, że strajk nie powinien potrwać dłużej niż kilka godzin. Mieliśmy wyjątkowe szczęście, że nasz autobus stanął dokładnie na początku niewielkiego miasteczka. Dzięki temu mogliśmy kupić żywność i wodę na cały dzień. Inni nie byli w tak komfortowej sytuacji. Niektóre ciężarówki utknęły 20 km za miastem, na środku pustyni. Tam kierowcy raczyli się mandarynkami i ananasami przewożonymi na pace. W południe, czyli po 12 godzinach postoju zaczęliśmy się niepokoić. Okazało się bowiem, że na Panamericana Sur znajduje się nie jedna ale cztery blokady tj. trzy przed nami i jedna za nami, także nasz autobus został pozbawiony możliwości powrotu do Arequipy gdzie znajdował się najbliższy port lotniczy. Nam oraz czterem innym osobom bardzo zależało na szybkim dostaniu się do Limy bowiem mieliśmy wykupione bilety lotnicze na sobotni lot na Galapagos. Większość jednak pasażerów nigdzie się nie spieszyła i postanowiła skorzystać z uroków otaczającego ich pustynnego krajobrazu. Pierwsi jeszcze przed godziną 12:00 po piwo sięgneli Anglicy, potem Australijczycy a potem do imprezy dołączyli już wszyscy.Godziny upływały i nic się nie zmieniało. Gorąc i smród jaki panował w autobusie (kierowca wyłączył klimatyzację aby nie tracić cennego paliwa) uniemożliwiał przebywanie w nim. Każdy szukał kawałek cienia aby uciec przed piekącym słońcem. Zapasy żywności i wody zaczęły się kończyć.  Piwo już nie pomagało. Powoli każdemu puszczały nerwy. Pojawiły się pierwsze kłótnie i przepychanki… Sen w tych warunkach był niemożliwy. Na dodatek, po zmroku, z przyczyn bezpieczeństwa zostaliśmy wszyscy zamknięci w autobusie.  Kierowca obawiał się, że ktoś z pasażerów może zostać pobity przez strajkujących. Podobno takie incydenty zdarzały się w przeszłości. Tuż przed północą wiedzieliśmy, że dłużej tak nie wytrzymamy. Postanowiliśmy z samego rana zabrać plecaki i spróbować na własną rękę dostać się do Nazca. Po kolejnych kilku godzinach udało się nam zasnąć. Od czasu do czasu byliśmy wyrywani ze snu przez pijanych strajkujących, którzy walili w nasz autobus i coś tam krzyczeli. Niektórzy pali ogniska blisko autobusów aby utrudnić pasażerom sen..prawdziwy koszmar!

Nie wiem czy udało się nam przespać trzy a może cztery godziny ale o świcie poprosiliśmy kierowcę o nasze bagaże, podpisaliśmy dokument, że na własną odpowiedzialność oddalamy się od autobusu i ruszyliśmy przed siebie. Razem z nami wyruszyło siedem osób, które Marcin poznał jeszcze w kanionie Colca. Pierwsza, najbliższa blokada była bułką z masłem. Strajkujący się z nas śmiali ale nikt nie odważył się nas zaczepić. Na końcu miasteczka udało się nam znaleźć transport. Mieliśmy wyjątkowe szczęście bowiem akurat wtedy gdy szliśmy jeden z samochodów postanowił zawrócić. Innego transportu w postaci collectivos czy taksówki nie było widać. Po 1,5-godzinnej jeździe z plecakami na kolanach znaleźliśmy się przed kolejnym miasteczkiem, które było zablokowane. Kierowca auta, którym jechaliśmy nie chciał podjechać bliżej blokady bowiem obawiał się ataków strajkujących, którzy niechętnie patrzyli na jakikolwiek środek transportu. Byliśmy zatem zmuszeni przejść jakieś 3 km na pieszo. Jedyny plus był taki, że zaopatrzyliśmy się w wodę w pobliskim sklepiku oraz wypłaciliśmy pieniądze w jedynym na przestrzeni 500 km bankomacie. Z gotówką w kieszeni wiedzieliśmy już, że tego dnia uda nam się dojechać do Nazca, kwestia tylko za ile J. Druga mijana blokada była znacznie większa i groźniejsza. Tłum był wyraźnie zmęczony i poirytowany tym, że nikt z rządu nie przyjechał ich wysłuchać. Nie chcąc utracić aparatu fotograficznego nie robiliśmy tam żadnych zdjęć. A szkoda bo mielibyśmy co pokazywać. Za blokadą klasyczny obrazek: rząd autobusów i ciężarówek i mnóstwo zmęczonych pasażerów łaknących rzetelnych informacji. Powiedzieliśmy im, że ta blokada to nie koniec i szkoda ich cennego czasu na stanie w tym gigantycznym korku. Na transport nie musieliśmy długo czekać. Okoliczni mieszkańcy postanowili sobie dorobić na tym zamieszaniu i kursowali z jednego miasteczka do drugiego. Tym razem droga trwała dwie godziny. Kierowca wysadził nas przed trzecią blokadą, która okazała się najdłuższa (ok. 10 km w postaci rozrzuconych na asfalcie kamieni, pni, przewróconych słupów i rozłożonych na ziemi strajkujących), a także najtrudniejsza bo pod górkę. Po godzinie marszu byłam wykończona. Nie byłam w stanie nieść mojego dużego plecaka, także Marcin dzielnie wziął go na swoje bary a mnie dał mniejszy. I tak było mi ciężko. Raz po raz się zatrzymywaliśmy. W połowie drogi głód był nie do zniesienia i poprosiliśmy kierowcę jednej z ciężarówek o kilka mandarynek i ananasa. Za naszym przykładem poszli inni. Uczta była nieziemskaJ Po kolejnej godzinie marszu zauważyliśmy jakiś prześwit między ciężarówkami. Czyżby to był koniec? Tak!! Dwa minibusy podążały w naszym kierunku. Wsiedliśmy do nich i po jakiejś półtora godzinie znaleźliśmy się w Nazca.

D.

Początek zadymy

Kamienna droga

Kilometry zablokowanych samochodów

Marsz przez zablokowane ulice

Strajk na środku pustyni

Nasza ekipa

Najdłuższa linia w Nasca

Nasca – rysunek dłoni

Nasca- rysunek drzewa

Wiecej zdjec z blokady, z Nasca, z Limy

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 11 Maj 2012 w Peru

 

Tagi: , , ,

Największa solniczka na świecie

Granicę z Boliwią przekroczyliśmy w miejscowości Villazon na wysokości 3 400 m n.p.m a potem już było tylko wyżej. W Boliwii od razu zrobiło się ciekawie: totalne zamieszanie na drogach, kierowcy na siebie trąbią, wjeżdżają na sąsiednie pasy bez ostrzeżenia, a nieliczne znaki drogowe traktują tylko jako sugestię. Po chodnikach niczym mróweczki przebiegają las cholitas, panie ubrane w obszerne, falbaniaste spódnice, sandałki i za małe meloniki a la Charlie Chaplin. Zazwyczaj w kolorowej chuście na plecach dźwigają dziecko lub towar, którym chcą handlować na ulicy. Na dworcu totalny chaos, co chwila zaczepia nas naganiacz autobusowy i drze się Pooootoooosi! Potoootosi! lub Tuuuupiiiiiza! Tuuupizaaa! W środku dworca pełno biur przewoźników autokarowych a każde wygląda jakby miało się zaraz rozlecieć. Przed dworcem sprzedawczynie różnorakich bibelotów, rozłożone na ziemi zjadają właśnie almuerzo czyli lunch, a wokół bezpańskie psy i okropny smród. Spędziliśmy tam ponad trzy godziny czekając na autobus to Tupizy, modląc się aby przyjechał taki, który się nie rozleci po drodze. Właśnie wtedy poznaliśmy Marcina i Zuzę ze Szkocji, z którymi postanowiliśmy pojechać na wycieczkę do Salar de Uyuni i Parku Narodowego Eduardo Avaroa.

Przed czterodniową wyprawą za namową miejscowych postanowiliśmy się zaopatrzyć w liście koki. Miały one uchronić nas przed skutkami soroche, czyli choroby wysokogórskiej. Oddziaływanie liści koki jeszcze w czasach starożytnych pierwsi zauważyli Indianie zamieszkujący dzisiejsze tereny Boliwii i Peru. Używali ich w celach obrzędowych oraz w trakcie dalekich wypraw górskich. Liście koki pozwalały im zwiększyć swoją odporność, zmniejszyć głód i pozwalały pokonywać szybciej spore odległości pieszo na dużych wysokościach. Dopiero w drugiej połowie XIX wieku Niemiec Albert Niemann wyekstraktował z liści koki silnie pobudzającą kokainę. A popularna Coca-Cola do początku XX wieku zawierała znaczne jej ilości. Dzisiaj Coca-Cola nie zawiera już kokainy a w Boliwii i Peru liście koki są powszechnie dostępne i używane zarówno przez miejscowych jak i turystów w celu ochrony organizmu przed negatywnymi skutkami soroche.  Zazwyczaj robi się z nich herbatkę „coca mate” lub po prostu przeżuwa. Nie ma strachu przed uzależnieniem się albowiem naturalne liście koki zawierają około 0,5 % kokainy (co mniej więcej znaczy że do zrobienia 1 grama kokainy jest potrzebne ponad 100 kilogramów liści koki).

Pierwszy dzień był prawdziwą igraszką, piękna słoneczna pogoda, zasuwamy jeepem szutrową w miarę płaską drogą a po drodze podziwiamy szpiczaste góry Palala i Sillar, potem mamy bliskie spotkania z lamami i trochę dalsze ze strusiami. Po południu docieramy do malutkiego pueblo San Antonio de Lipez leżącego na wysokości 4200 m n.p.m u podnóża pokrytego śniegiem wulkanu Uturuncu. Mamy tu „very basic” nocleg, chata z glinianych cegieł pokryta falistą blachą.

Około drugiej w nocy budzi nas głośne dudnienie w dach i silny wiatr. Upss chyba nieźle pada. Resztę nocy w zasadzie przewracamy się z boku na bok. Spanie na tej wysokości jest trochę na niby, zamykasz oczy i udajesz, że śpisz. Nie budzisz się tylko wstajesz zmęczony udawaniem. O 4:30 pobudka i zimna niespodzianka, okazało się że w nocy spadło z pół metra śniegu. Nasz kierowca Rafael szybko ładuje nasze plecaki na dach jeepa i zaczyna nas poganiać. Bardzo chce abyśmy wyjechali pierwsi. Jedziemy ale nie wiemy gdzie i jak, wszędzie biało, ziemia pokryta śniegiem, nad nią gęsta mgła. Rafael według mnie jedzie na czuja, drogi przecież nie widać. Po kilkunastu kilometrach okazuje się, że Rafael ma jakiś szósty zmysł, zgodnie z planem docieramy do jednego z zaplanowanych punktów, jakiegoś opuszczonego pueblo, w którym mieszkali kiedyś górnicy i kopali w pobliskich górach w poszukiwaniu złota. Po kolejnych dwóch godzinach jazdy zmieniam zdanie, gdy Rafael bezmyślnie zakopuje naszego jeepa w zaspie. W ruch idzie kilof i łopata i po takiej rozgrzewce ruszamy dalej. Jesteśmy na 4 855m n.p.m. Potem z godziny na godzinę jest mniej śniegu, aż w końcu w ogóle znika a spod niego wyłania się czerwona pustynia. Jest bardzo sucho. W końcu widzimy jakiś inny kolor niż biały, choć głowy mamy cały czas w chmurach. Gęsty kożuch chmur pokrywa całe niebo, jedziemy dalej tak jakbyśmy byli w jakimś tunelu, z góry ograniczeni szarą powierzchnią a pod spodem czerwono-pomarańczową. Widoki marsjańskie. Szczeny nam całkowicie opadają gdy podjeżdżamy do pierwszej laguny, w której taplają się piękne różowe flamingi. Potem wjeżdżamy na jakieś 5 000 m n.p.m i przenosimy się z Marsa na Wenus. Widoki piekielne jak z obrazów Hieronima Boscha, ziemia się gotuje a z niej wydobywa się gorąca para i zapach siarki, brakuje tylko Lucyfera. Dotarliśmy do Geisers Sol de Mañana. Na nocleg docieramy do malutkiego pueblo Huaylljara, dzisiejszy maraton krajobrazowy zamyka nam super płaska, żółta pustynia będąca przedsmakiem Salar de Uyuni.

Na całe szczęście, następnego dnia na niebie nie ma już ani jednej chmurki, cały czas świeci słońce i od razu robi się nam cieplej i weselej. Większość trzeciego dnia wyprawy upływa nam na oglądaniu wielu lagun o przeróżnych kolorach i zamieszkanych przez duże stada flamingów. Wszystkie odwiedzone przez nas laguny są pochodzenia wulkanicznego, a kolorowa woda jest wynikiem wydobywania się różnych minerałów. Woda w lagunach jest często ciepła, więc wygrzewają się w niej bardzo chętnie flamingi, a w niektórych również ludzie. Poza lagunami i flamingami odwiedzamy również Arbol de Pietra, czyli słynne z pocztówek kamienne drzewo. Dzień kończymy w hostelu, który cały jest zbudowany z soli,  świętując 29 urodziny Marcina. Szkot i Polak dwa bratanki …

Ostatni dzień był ukoronowaniem naszej wyprawy albowiem poświęciliśmy go całkowicie na Salar de Uyuni, czyli największą solniczkę na świecie. Mówiąc bardziej naukowo Salar de Uyuni jest największym na świecie solniskiem, zajmuje powierzchnie ponad 10 tysięcy km² (tyle co powierzchnia całego województwa świętokrzyskiego), znajduje się na wysokości 3600 m n.p.m i jest pozostałością wyschniętego w plejstocenie słonego jeziora Ballivian, powierzchnia solniska pokrywa warstwa soli sięgająca do 20 m i jest najbardziej płaskim miejscem na świecie.

Wyruszyliśmy jeszcze jak było ciemno, aby zobaczyć wschód słońca na słonej pustyni i uwierzcie nam, choć głowa ciążyła opłacało się znowu wstawać o 4:30 rano. Gdy dojechaliśmy do Salar okazało się, że jest zalany wodą, ale tylko troszeczkę, tak na wysokość  10-20 cm. Rafael bez oporów wcisnął gaz do dechy i zasuwaliśmy po wodzie jak amfibią. Gdy tarcza słońca zaczęła wyglądać nad horyzontem zatrzymaliśmy się na malutkiej solnej wysepce.  Kopary nam ponownie opadły  gdy wystające na horyzoncie białe szczyty gór zaczęły się odbijać w całkowicie płaskiej solance. Śniadanie zjedliśmy już na suchej powietrzni soli. Polizaliśmy podłoże, aby sprawdzić czy to nie jest jakaś ściema z tym nadmiarem soli i zaczęliśmy się bawić aparatem oraz otaczającą nas perspektywą. Salar de Uyuni jest zdecydowanie najbardziej kosmicznym miejscem na jakim do tej pory byliśmy!

M.

Góry Sillar

Bliskie spotkanie z lamą

Jesteśmy na 4 855m n.p.m, niezła odmiana po tropikach

W chmurach

Geisers Sol de Mañana 5000m n.p.m.

W Huaylljara na żółtej pustyni

Dzienniak zdobywca 🙂

Laguna i Flamingi

Laguna Colorada 4278 m n.p.m

Flemingi w akcji

Laguna i flemingi zajadające plankton

Arbol de Pietra

Hostel z Soli

Wschód słońca na Salar de Uyuni

Salar de Uyuni, na malucha 🙂

Salar de Uyuni, Szuflandia ?

Salar de Uyuni, pokonać horyzont

Salar de Uyuni, po drugiej stronie

Salar de Uyuni, Marcin w kreskówce

Więcej kosmicznych zdjęć kliknij

 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu 13 kwietnia 2012 w Boliwia

 

Tagi: , , , , ,

Uluru, Kata Tjuta, Watarrka i MacDonnell Ranges off-roadem w outbacku

Z Darwin do Alice Springs jedziemy pociągiem, transkontynentalną linią nazwaną The Ghan (The Afghan Express), która łączy Północ (Darwin) z Południem (Adelajdą) właśnie poprzez miasteczko Alice Springs znajdujące się w centrum Australii. Długość całej linii to prawie 3000 km, biegnie przez jeden z najsuchszych i bezludnych regionów świata. Budowa tej lini rozpoczeła się 1878 roku, a skończona po ponad 120 latach została nazwana jedną z największych inwestycji infrastrukturalnych w Australii. Swoją nazwę zawdzięcza dzielnym poganiaczom wielbłądów, którzy kursowali w głąb interioru zwanego tu outbackiem. Podróż tym pociągiem jest przeznaczona bardziej dla turystów niż ludzi chcących szybko i tanio przemieścić się z miejsca na miejsce. My mieliśmy do przejechania jakieś 1400 km i zajeło nam to bagatela 24 godziny, włączając 4 godzinny postój w miejscowości Katherine przeznaczony na zwiedzanie. Podróż dodatkowo była urozmaicana opowieściami o historii interioru, zwierzętach i roślinach widocznych za oknem. A to wszystko za 240 $ z 70% ulgą backpackerską za osobę (najtańszy bilet, miejsce siedzące wygodne jak biznes w samolocie plus prysznic w przedziale). Za samolot na tej trasie płaci się jakies 80 $ od osoby a podróż trwa niecałe 2 godziny.

W Alice Springs wypożyczamy najbardziej popularny samochód outbacku – Toyotę Land Cruiser, jeździ nią tu każdy górnik. Ma ona napęd na cztery koła, bardzo wysokie zawieszenie, silnik diesla, dwa zbiorniki paliwa po 90 litrów, a nasz dodatkowo jest wyposażony w łóżko i kuchenkę. Jak w Star Treku stanie się on naszym wahadłowcem Enterprise przez kolejne 7 dni w naszym Outback Treku!

Po zrobieniu zaopatrzenia ruszamy na początku w kierunku góry Ayers Rock, świętej góry Aborygenów zwanej przez nich Uluru, podobno największej atrakcji turystycznej w Australii. Po drodze pierwsza ukazuje się nam jednak góra Mt. Connor, przypominająca sernik.  Ponieważ już się ściemniało zatrzymaliśmy się w jej okolicach na nocleg. Nie był on do końca przespany, w środku nocy obudziły nas potężne podmuchy wiatru i głośne wyładowania atmosferyczne. Burza w outbacku to nie przelewki, w ciągu kilku godzin z małego strumyka robi się głęboka rzeka, podmuch wiatru potrafi przewrócić samochód a pioruny nieustanie wzniecają tu pożary buszu.

Następnego dnia przed nami na dość płaskim horyzoncie zaczyna wyrastać jak babka w piekarniku, jeden z największych monolitów świata Uluru. Po dojechaniu bliżej, szybko przekonujemy się, że wokoło jest niezła ciupaga, wstęp 25 $ za osobę (największa cena jak dotąd w Australii za wjazd do Parku Narodowego), wokół pełno turystów pomimo niskiego sezonu, wszystkie szlaki wybetonowane, wspinaczka na górę zamknięta, no i sama góra wcale nie jest taka wielka i taka czerwona jak na zdjęciach. Robimy krótki trekking w najciekawsze miejscówki obok góry i to samo – nic ciekawego, lipa… Sprawdzamy jeszcze widoki o zachodzie i wschodzie słońca na specjalnie przygotowanych platformach do robienia zdjęć z tłumem różnej maści turystów i zajmowaniem miejsc o 5 nad ranem w oczekiwaniu na pierwsze promyki słońca. Jednak nic się nie mieni, góra nadal ma ten sam kolor, znów nic ciekawego, no może poza tłumami turystów pędzącymi z aparatami. W ramach podsumowania jednogłośnie i uroczyście oświadczamy, że Uluru jest znacząco przereklamowane. Trochę żałujemy, że będąc w Australi Zachodniej nie odbiliśmy (jakieś bagatela 3000 km) w stronę góry Mt. Augustus, która jest dwa razy większym monolitem od Uluru, można się na nią wspinać, jest bardziej święta dla Aborygenów i nie ma tam tylu turystów ze względu na swoją niedostępność. Całe szczęście humor poprawił nam szybko trekking wśród grupy monolitów Kata Tjuta oddalonych jakieś 40 km od Uluru, a będących w obrębie tego samego parku narodowego, znacznie mniej turystów, ciekawsze widoki i nawet ciekawy popołudniowy trekking po górach.

Kolejnym naszym celem w centralnym outbacku jest Kings Canyon w Parku Narodowym Watarrka. Jest on oddalony od Uluru jakieś 300 km. Z dostępnych dwóch szlaków wybieramy ten dłuższy dookoła kanionu zwany Rim Walk. Początkowo z szerokiego na kilkadziesiąt metrów kanionu, z którego wypływa mały strumień wspinamy się wysoko na krawędź kanionu, a następnie idziemy wzdłuż jednej z jego zbliżających się do siebie krawędzi. Po drodze omijamy lub pokonujemy górą wiele skalnych formacji przypominającycych wydmy. Po chwili wyczytujemy, że w rzeczy samej to co widzimy przed 40 milionami lat było wydmami z piasku, które po wyodrębnieniu kontynentu Australii z superkontynentu Gondwany i przejściu osuszenia kontynentu w okresie polodowcowym przybrały w miarę obecny kształt skalny. Po 2 godzinach dość wolnego trekkingu dochodzimy do Ogrodów Eden, serca kanionu, oazy w samym jego środku nie widocznej z góry, z basenem wodnym i bujną roślinnością wyrastającą wprost ze skał. Przy otaczających nas ścianach o wysokości 270 metrów oddalonych od siebie na jakieś 10 metrów i płaskich jak tafle lodu daje to niesamowity efekt. No i oczywiście znikoma ilość turystów. Dodatkowo od naszego pierwszego dnia w centrum Australii jest tu dość pochmurnie. Całe szczęście dla nas, bowiem temperatury o tej porze roku potrafią przekraczać 40 stopni. A kilkugodzinny trekking w takiej temperaturze, często kończy się odwodnieniem i udarem słonecznym.

Do tej pory poruszaliśmy się po drogach asfaltowych, dostępnych dla większości turystów, jednak tym razem kończymy z tym. Z Kings Canyon jedziemy w kierunku pasma gór West MacDonnell Ranges przez Mereenie Loop Road i zaczynamy naszą przygodę off-roadową. Początkowo przez 200 km jedziemy „czerwoną drogą”, nieasfaltowaną, pokrytą czerwonym żwirem i pyłem, formującym kilkucentymetrowe garby, naszym samochodem przy prędkości 80 km/h po prostu przelatujemy nad nimi, jednak i tak od czasu do czasu trzeba uważać na większe dziury i grząski piasek. Trasa ta jest własnością Aborygenów, na przejechanie której musimy wykupić specjalne pozwolenie ($ 5,50). Jedzie się nią 3 godziny po wertepach i nie można się nawet zatrzymać. My nie mogliśmy opanować ciekawości i zatrzymaliśmy się zaciekawieni bulwami rosnącymi przy drodze. Okazało się, że są to dzikie arbuzy. Po kilku godzinach dojeżdżamy do szlaku off-roadowego prowadzącego do Doliny Palmowej (zwanej Palm Valley lub Mpulungkinya) w Parku Narodowym Finke, znacznie bardziej trudnego, wymagającego samochodów z bardzo wysokim zawieszeniem. W jedną stronę przejeżdżamy 20 km w 3 godziny! Jedziemy głównie korytem wyschniętej rzeki, pokonując kamienie a raczej głazy, grząski piasek i cały czas się zastanawiamy czy damy radę stąd później wyjechać. W miarę zbliżania się do centrum doliny jest coraz trudniej, resory i ośki naszego statku kosmicznego trzeszczą, gumy się ślizgają, co chwilę musimy wychodzić z samochodu i obmyślać plan jak przejechać kolejną przeszkodę. Od ostrych głazów coraz groźniej wygląda pokonywanie skalnych urwisk gdzie parę centymetrów za dużo w jedną bądź w drugą stronę może prowadzić do wywrotki. Wprawdzie życia nie ryzykujemy, ale nie wykupiliśmy rozszerzonego ubezpieczenia na nasz samochód (kosztowało drugie tyle co wynajęcie samochodu) i mamy małego cykora, że bez szwanku z tej przygody nie wyjedziemy. Diana zaczyna panikować:) Po pokonaniu hardcorowego skalnego przesmyku nad korytem rzeki dojeżdżamy do wąwozu Cycad, oddalonego o 1,5 km od Palm Vally i resztę drogi postanawiam pokonać na piechotę. Diana się wprawdzie uspokaja, ale na trekking w 40 stopniowym upale nie ma już ochoty. Okazuje, że te ostatnie 1,5 km było jeszcze bardziej hardcorowe od tego co przejechaliśmy do tej pory. Nie chcę na tym odludziu zostawiać Diany zbyt długo samej, więc w stylu alpejskim a właściwie biegiem (prawie tak jak Wielicki zdobywał Broad Peek) w ciągu jednej godziny dochodzę do Palm Valley, wdrapuje się na szczyt kanionu, aby zobaczyć to cudo natury z góry, szczelam parę fotek i wracam z powrotem. Palm Valley to rzeczywiście cud natury, w samym środku suchej skalnej pustyni, rośnie tu bardzo wiele wysokich palm (wyjątkowe palmy zwane Red-Cabage Palms), sagowców i paproci, które przypominają pejzaże rodem z tropików. Mam tylko nadzieje, że to nie była fatamorgana:-)

Szczęśliwie wracamy z powrotem z Parku Finke na drogę do MacDonnell Ranges. Tym razem to Diana nabierała zdolności jazy po terenach. Diabelnie zmęczeni o zmroku jedziemy w kierunku miejsca kampingowego w wąwozie Ormiston. Słońce powoli zaczyna zachodzić, a nasz samochód powoli zaczyna zwalniać. Okazuje się, że w jednym ze zbiorników kończy się paliwo. Spokojnie zatrzymuje się, przecież wiem, że mam jeszcze jeden prawie pełny bak, pełen luz wystarczy tylko przełączyć. Przełączam raz, drugi, trzeci i jeszcze kilka a nasz Enterprise ani drgnie. Jesteśmy w przysłowiowej… pustce! Nikt nie przejeżdża, wokół cisza i spokój, wewnątrz mnie wręcz odwrotnie, mamy paliwo, ale nie możemy jechać! W stylu MacGyvera próbuje przy użyciu węża, butelki i pompki z moich płuc przelać paliwo z pełnego baku do butelki. Kończy się to na poznaniu jak smakuje ropa:)  Tym razem Diana bardziej opanowana. Sprawdzamy na GPSie, do najbliższego Roadhouse’u mamy jakieś 20 km. W nocy nie ma sensu robić tej trasy na piechotę więc przygotowujemy się do spania z myślą, że jutro rano czeka nas spacer po paliwo. W otaczającej nas ciszy słyszymy nadjeżdżający samochód, są to Aborygeni. Machamy do nich a oni nic! Pojechali dalej…

Po jakiś dwóch godzinach, gdy jest juz prawie ciemno widzimy czerwony van a w nim parę młodych turystów. Jak sie później okazuje są to Austriacy, którzy podobnie do nas postanowili rzucić wszystko  i wybrać się w roczną podróż dookoła świata. Karl zgadza się podwieź mnie na stację benzynową i z powrotem. Joanna zostaje z Dianą przy naszym kamperze. Na stacji okazuje się jednak, że nie mogę napełnić butelki plastikowej paliwem bo prawo tego zabrania. Na stacji nie mają żadnych pojemników, ale na szczęście po chwili znajduje się mechanik, który obiecuje pomoc za bagatela 200 $. Tłumaczy mi, że i tak jakbym napełnił zbiornik paliwem to by to nic nie dało, bo paliwo się skończyło i nie ma go w jakiś tam rurkach biegnących do silnika i trzeba je paliwem napompować i on wie jak to zrobić. Nie bardzo mam o tym pojęcie, ale brzmi całkiem przekonywująco. Nie mając wielkiego wyjścia negocjuję z mechanikiem, zgadza się na 50$. Po 2 godzinach pompowania, na zmianę (pompka paliwa ma w naszym aucie na oko jakieś 3 cm sześcienne) w końcu udaje się odpalić nasz wehikuł, uff. W trakcie pompowani na niebie ukazała się łuna pożaru buszu oddalonego wg naszego mechanika o jakieś 60 km. Para z Austrii została z nami. Powiedzieli, że nas nie zostawią do momentu jak odpalimy samochód. Poza tym, że byli całkowicie bezinteresowni, okazali się również bardzo sympatyczni. W trakcie tej przygody straciliśmy wprawdzie 50$ ale poznaliśmy nowych przyjaciół.

Nasze drogi podróżników zbiegły się na chwilę w środku Australii i kolejnego dnia jeszcze razem zwiedziliśmy wąwóz Ormiston z jednym z najpiękniejszych naturalnych basenów wodnych w jakich się do tej pory kąpaliśmy. Potem zjedliśmy razem lunch. My gotowaliśmy chcąc się, choć trochę odwdzięczyć naszym wczorajszym wybawcom. W West MacDonnell Rangers chcieliśmy jeszcze zwiedzić kilka wąwozów: Redbank, Orche i basen Ellery Creek. Jednak okazało się, że wczorajszy pożar buszu się rozprzestrzenia i drogi do nich jak i do tego, w którym spaliśmy zostały już zamknięte. Pożegnaliśmy się z naszymi przyjaciółmi w Alice Spings i ruszylismy w stronę wschodniego pasma gór MacDonell. W trakcie kolejnych dwóch dni zwiedziliśmy wąwóz Trephina i jeszcze raz zakosztowaliśmy jazdy po ostrych terenach w drodze do basenu wodnego John Hayesa. Po przejechaniu 1600 km w outbacku oddaliśmy samochód do wypożyczali bez żadnych uszkodzeń!

Teraz lecimy z Alice Springs do Sydney na Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok.

 
2 Komentarze

Opublikował/a w dniu 23 grudnia 2011 w Australia

 

Tagi: , , , , , , ,