RSS

Archiwa tagu: strajk

Niespodzianka na środku pustyni czyli strajk po peruwiańsku

Z Arequipy postanowiliśmy pojechać do Nazca gdzie znajdują się słynne linie obrazujące przeróżne figury geometryczne, zwierzęta i rośliny. Linie te zostały stworzone przez Indian Nazca między rokiem 200 p.n.e. (według najnowszych badań) a 650 n.e. i swoim bardzo dobrze zachowanym kształtem zachwycają do dziś. Co ciekawe linie nie są, jak na początku myśleliśmy, wyryte w skale. Indianie sporządzili je poprzez ustawianie większych kamieni i odgarnianie czerwonego żwiru odsłaniając tym jaśniejszą ziemię. W ten sposób powstało zagłębienie, które przeciętnie ma jakieś 3 cm głębokości i ok. 40 cm szerokości. Najdłuższa linia ma kilkanaście kilometrów długości i jest idealnie prosta. Co ciekawe linie są czyszczone samoistnie przez wiatr, który przesuwa drobne kamyczki z powierzchni linii i w ten sposób regularnie odkrywa jaśniejszą glebę. Linie nie są także niszczone przez spływającą z gór wodę bowiem zostały umiejscowione na wyżej położonej powierzchni. Gdy pada tu deszcz (co jest niezwykle rzadkim zjawiskiem) woda spływa dokładnie obok linii, nie niszcząc zarysu utworzonych przez linie figur. To daje nam tylko niewielkie wyobrażenie z jak niezwykle mądrą cywilizacją mamy do czynienia. Niesamowite jest to, że Indianom udało się ułożyć linie tak aby przedstawiały one rysunki 93 metrowej małpy z zakręconym ogonem, pająka z 40 metrowymi odnóżami, kondora o przekroju 120 metrów i wielu innych zwierząt. Podobno Indianie do utworzenia tych rysunków wykorzystywali kawałki lin i obliczenia matematyczne. Podobne obliczenia matematyczne zostały wykorzystane wiele lat później przez niemiecką uczoną Marię Reicher, która jako pierwsza odkryła rysunki na powierzchni ziemi. Należy zaznaczyć, że linie Nazca są absolutnie niewidoczne z powierzchni ziemi (co nota bene przyczyniło się do ich częściowego zniszczenia przez człowieka budującego na tym terenie drogę). Można je zobaczyć z wysokiej platformy, wzgórza a najlepiej z lotu ptaka. Najbardziej jednak nurtująca jest teoria powstania tych linii.  Według najbardziej powszechnego poglądu linie stanowiły rodzaj kultu ówczesnym bogom. Według natomiast Paula Kosoka i Marii Reiche, linie związane są z prowadzonymi przez Indian obserwacjami astronomicznymi wykorzystywanymi do określania pory siewu i zbiorów. Niektóre linie bowiem pokrywają się z orbitalnym ruchem gwiazd, a gigantyczne kontury zwierząt wiernie odzwierciedlają gwiazdozbiory. Pojawiła się nawet teoria, że linie służyły nawadnianiu okolicznych, suchych terenów zajmowanych przez Indian. Najbardziej jednak ciekawą teorią jest teoria wysnuta przez szwajcarskiego pisarza Ericha von Däniken, który twierdzi, że linie były lądowiskiem dla przybyszów z kosmosu :).

Porzucę jednak temat linii Nazca i przejdę do bardziej życiowego wątku naszej podróży. Do Nazca z Arequipy prowadziła tylko jedna droga tj. Panamericana Sur. W związku z tym, że droga ta przebiega przez pustynię (a więc widoki są raczej monotonne) wybraliśmy nocny autobus w zachwalanej przez wszystkich firmie Cruz del Sur. Podróż miała trwać tylko 10 godzin. Kto by pomyślał, że będzie trwała aż 45! Zaczęło się w środku nocy, autobus nagle stanął. Nikt się tym początkowo nie przejął bowiem znajdowaliśmy się w Peru a tu wszystko jest możliwe. Wróciliśmy zatem pod nasze kocyki aby oddać się objęciom Morfeusza. Przebudziła nas jednak okropna duchota panująca w autobusie. Postanowiliśmy wyjrzeć na zewnątrz i zobaczyć co się stało. Przed nami i za nami stał rząd innych autobusów, ciężarówek i samochodów osobowych. W oddali jakieś bębnienie i okrzyki. Po chwili dowiedzieliśmy się, że droga została zablokowana przez strajkujących górników, którzy domagają się wyższych płac oraz zmniejszeniu ilości wywożonych z krajów surowców mineralnych. Powiedziano nam również, że strajk nie powinien potrwać dłużej niż kilka godzin. Mieliśmy wyjątkowe szczęście, że nasz autobus stanął dokładnie na początku niewielkiego miasteczka. Dzięki temu mogliśmy kupić żywność i wodę na cały dzień. Inni nie byli w tak komfortowej sytuacji. Niektóre ciężarówki utknęły 20 km za miastem, na środku pustyni. Tam kierowcy raczyli się mandarynkami i ananasami przewożonymi na pace. W południe, czyli po 12 godzinach postoju zaczęliśmy się niepokoić. Okazało się bowiem, że na Panamericana Sur znajduje się nie jedna ale cztery blokady tj. trzy przed nami i jedna za nami, także nasz autobus został pozbawiony możliwości powrotu do Arequipy gdzie znajdował się najbliższy port lotniczy. Nam oraz czterem innym osobom bardzo zależało na szybkim dostaniu się do Limy bowiem mieliśmy wykupione bilety lotnicze na sobotni lot na Galapagos. Większość jednak pasażerów nigdzie się nie spieszyła i postanowiła skorzystać z uroków otaczającego ich pustynnego krajobrazu. Pierwsi jeszcze przed godziną 12:00 po piwo sięgneli Anglicy, potem Australijczycy a potem do imprezy dołączyli już wszyscy.Godziny upływały i nic się nie zmieniało. Gorąc i smród jaki panował w autobusie (kierowca wyłączył klimatyzację aby nie tracić cennego paliwa) uniemożliwiał przebywanie w nim. Każdy szukał kawałek cienia aby uciec przed piekącym słońcem. Zapasy żywności i wody zaczęły się kończyć.  Piwo już nie pomagało. Powoli każdemu puszczały nerwy. Pojawiły się pierwsze kłótnie i przepychanki… Sen w tych warunkach był niemożliwy. Na dodatek, po zmroku, z przyczyn bezpieczeństwa zostaliśmy wszyscy zamknięci w autobusie.  Kierowca obawiał się, że ktoś z pasażerów może zostać pobity przez strajkujących. Podobno takie incydenty zdarzały się w przeszłości. Tuż przed północą wiedzieliśmy, że dłużej tak nie wytrzymamy. Postanowiliśmy z samego rana zabrać plecaki i spróbować na własną rękę dostać się do Nazca. Po kolejnych kilku godzinach udało się nam zasnąć. Od czasu do czasu byliśmy wyrywani ze snu przez pijanych strajkujących, którzy walili w nasz autobus i coś tam krzyczeli. Niektórzy pali ogniska blisko autobusów aby utrudnić pasażerom sen..prawdziwy koszmar!

Nie wiem czy udało się nam przespać trzy a może cztery godziny ale o świcie poprosiliśmy kierowcę o nasze bagaże, podpisaliśmy dokument, że na własną odpowiedzialność oddalamy się od autobusu i ruszyliśmy przed siebie. Razem z nami wyruszyło siedem osób, które Marcin poznał jeszcze w kanionie Colca. Pierwsza, najbliższa blokada była bułką z masłem. Strajkujący się z nas śmiali ale nikt nie odważył się nas zaczepić. Na końcu miasteczka udało się nam znaleźć transport. Mieliśmy wyjątkowe szczęście bowiem akurat wtedy gdy szliśmy jeden z samochodów postanowił zawrócić. Innego transportu w postaci collectivos czy taksówki nie było widać. Po 1,5-godzinnej jeździe z plecakami na kolanach znaleźliśmy się przed kolejnym miasteczkiem, które było zablokowane. Kierowca auta, którym jechaliśmy nie chciał podjechać bliżej blokady bowiem obawiał się ataków strajkujących, którzy niechętnie patrzyli na jakikolwiek środek transportu. Byliśmy zatem zmuszeni przejść jakieś 3 km na pieszo. Jedyny plus był taki, że zaopatrzyliśmy się w wodę w pobliskim sklepiku oraz wypłaciliśmy pieniądze w jedynym na przestrzeni 500 km bankomacie. Z gotówką w kieszeni wiedzieliśmy już, że tego dnia uda nam się dojechać do Nazca, kwestia tylko za ile J. Druga mijana blokada była znacznie większa i groźniejsza. Tłum był wyraźnie zmęczony i poirytowany tym, że nikt z rządu nie przyjechał ich wysłuchać. Nie chcąc utracić aparatu fotograficznego nie robiliśmy tam żadnych zdjęć. A szkoda bo mielibyśmy co pokazywać. Za blokadą klasyczny obrazek: rząd autobusów i ciężarówek i mnóstwo zmęczonych pasażerów łaknących rzetelnych informacji. Powiedzieliśmy im, że ta blokada to nie koniec i szkoda ich cennego czasu na stanie w tym gigantycznym korku. Na transport nie musieliśmy długo czekać. Okoliczni mieszkańcy postanowili sobie dorobić na tym zamieszaniu i kursowali z jednego miasteczka do drugiego. Tym razem droga trwała dwie godziny. Kierowca wysadził nas przed trzecią blokadą, która okazała się najdłuższa (ok. 10 km w postaci rozrzuconych na asfalcie kamieni, pni, przewróconych słupów i rozłożonych na ziemi strajkujących), a także najtrudniejsza bo pod górkę. Po godzinie marszu byłam wykończona. Nie byłam w stanie nieść mojego dużego plecaka, także Marcin dzielnie wziął go na swoje bary a mnie dał mniejszy. I tak było mi ciężko. Raz po raz się zatrzymywaliśmy. W połowie drogi głód był nie do zniesienia i poprosiliśmy kierowcę jednej z ciężarówek o kilka mandarynek i ananasa. Za naszym przykładem poszli inni. Uczta była nieziemskaJ Po kolejnej godzinie marszu zauważyliśmy jakiś prześwit między ciężarówkami. Czyżby to był koniec? Tak!! Dwa minibusy podążały w naszym kierunku. Wsiedliśmy do nich i po jakiejś półtora godzinie znaleźliśmy się w Nazca.

D.

Początek zadymy

Kamienna droga

Kilometry zablokowanych samochodów

Marsz przez zablokowane ulice

Strajk na środku pustyni

Nasza ekipa

Najdłuższa linia w Nasca

Nasca – rysunek dłoni

Nasca- rysunek drzewa

Wiecej zdjec z blokady, z Nasca, z Limy

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 11 Maj 2012 w Peru

 

Tagi: , , ,

Nad jeziorem Titikaka

Jezioro Titikaka położone jest na wysokości 3800m n.p.m i jest najwyżej położonym jeziorem żeglownym na świecie. Nazwa jeziora pochodzi z języka keczua i ze względu na jego kształt oznacza pumę polująca na królika. Znajduje się częściowo w Boliwii a częściowo w Peru. My postanowiliśmy je zwiedzić ze strony Peru. Z La Paz wybraliśmy się w 6-godzinną podróż autobusem bezpośrednio do Puno. Od samego poranka było wiadomo, że ten dzień nie będzie należał do szczęśliwych. Diana nadal cierpiała na problemy żołądkowe i zastanawialiśmy się czy w ogóle jechać. Po presją posiadanych biletów zdecydowaliśmy się jechać. Na dworcu autobusowym resztę boliwijskiej waluty wydaliśmy na śniadanie i cukierki, zupełnie nie zdając sobie sprawy, że przy wyjściu na peron autobusowy trzeba zapłacić 2 boliwianos tytułem podatku dworcowego. Udało mi się znaleźć bankomat, ale wchodząc do niego w pośpiechu z impetem otworzyłem drzwi, które uderzyły w bankomat i uruchomiły alarm. Ponieważ z czterech obecnych bankomatów tylko ten działał, przy akompaniamencie syreny i zdziwionych spojrzeniach lokalesów wypłaciłem pieniądze i co prędzej pognałem do autobusu. Całe szczęście dotarłem na czas i nikt mnie nie oskarżył o napaść i obrabowanie bankomatu :). Z drugiej strony trochę to dziwne, że wyjący bankomat wypłaca kasę, ale w Ameryce Południowej wszystko jest możliwe.

Zaraz po przekroczeniu granicy, w połowie drogi do Puno, nasz autobus zatrzymał się w korku przed miejscowością Llave. Po paru minutach okazało się, że jest blokada drogi, która będzie trwać przez kolejne bagatela dwa dni. Kierowca powiedział nam, że możemy tu z nim zostać przez ten czas lub ruszyć dalej pieszo. Ze względu na kiepskie samopoczucie Diany wyszliśmy z autobusu jako ostatni. Z nadzieją, że tuż zaraz za blokadą znajdziemy taksówę, którą będziemy mogli jechać dalej do Puno, zarzuciłem na siebie dwa duże plecaki w sumie jakieś 40kg, Diana dwa małe i ruszyliśmy przed siebie pieszo. Z autobusu dołączył do nas starszy zagubiony Australijczyk, który nie mówił po hiszpańsku i zupełnie nie wiedział, co się dzieje. Po przekroczeniu pierwszej barykady okazało się, że cała droga jest pokryta porozrzucanymi głazami aż po sam horyzont i niewiadomo gdzie kończy się ta masakra. Przy drodze siedzieli wielce zadowoleni strajkujący peruwiańscy Indiance i widząc nas obładowanych bagażem zaczęli się z nas wyśmiewać. Cały czas się we mnie gotowało, dodatkowo gdy jeden z lokalesów rzucił przed nas kamieniem nie wytrzymałem i zbeształem go po polsku proponując ustawkę. Koleś wyzwania nie podjął, ale to może i dobrze, bo wprawdzie duży nie był ale miał wielu innych małych kolegów, którzy trzymali kamienie w dłoniach. Po jakimś czasie przekroczyliśmy jedną z bardziej gęstych blokad na moście i doszliśmy do centrum miasta. A tam panowała totalna anarchia. Drogi dalej były pozagradzane kamieniami, powyrywanymi znakami drogowymi i tłumami krzykliwych tubylców. Po chwili zauważyliśmy, że za nami w kordonie uzbrojonej policji cały tłum, który przed chwilą minęliśmy zaczyna coraz szybciej zbliżać się do nas. W ostatniej chwili udało się nam złapać tuk-tuka (moto-taksówkę),  w trójkę z całym bagażem zapakowaliśmy się do niego i dosłownie kilka metrów przed nacierającym tłumem odjechaliśmy na drugi koniec miasta. Po mieście mogły się poruszać tylko motory i tuk-tuki, które był w stanie ominąć gęsto usiane przeszkody na drodze. Tuk-tukiem dojechaliśmy na skraj miasta, gdzie jak się okazało znajduje się kolejna potężna barykada. Tuk-tuk jadący przed nami próbował ją przekroczyć, lecz został zatrzymany przez tłum strajkujących. Tłum przewrócił tuk-tuka i wywiązała się bójka pomiędzy kierowcą i strajkującymi. My podziękowaliśmy już naszemu kierowcy i ponownie dalej obładowani bagażami ruszyliśmy przed siebie pieszo. Szliśmy tak w sumie dwie godziny, co chwile pokonując mniejsze i większe blokady aż w końcu udało się nam  złapać lokalny autobus i zająć w nim ostatnie trzy miejsca. Towarzyszący nam Australijczyk John był jeszcze bardziej od nas zdenerwowany całą tą sytuacją i miał prawo. Pech prześladował go już od jakiegoś czasu. Do Boliwii przyjechał w odwiedziny ze swoją piękną boliwijską dziewczyną, z którą mieszkał w Sydney. Po przyjeździe do Boliwii okazało się, że ona już nie chce wracać do Australii i zostaje w Boliwii. A przed tym oświadczeniem wyczyściła mu konto. Przed powrotem do Australii chciał jeszcze zobaczyć Machu Picchu. Pierwotnie miał lecieć bezpośrednio z La Paz do Cuzco, ale jego samolot został odwołany, więc aby zdążyć na samolot do Australii, postanowił jechać autobusem. Najwyraźniej nadaremne.

Puno okazało się bardzo brzydkie i bardzo zimne. Po dwóch dniach odpoczynku wybraliśmy się na dwudniowy rejs po jeziorze, aby zwiedzić kilka wysp w okolicy Puno. Na początku odwiedziliśmy pływające wyspy Uros. Wyspy te zbudowane są z trzciny totora rosnącej na mieliznach jeziora Titikaka. Podstawa zrobiona jest z korzeni trzciny, które następnie przykrywa się samą trzciną. Domki na wyspie buduje się również z trzciny, z trzciny robi się jeszcze łodzie. Tak w ogóle to wszystko robi się z trzciny, bo nic innego nie ma. Wyspy te zamieszkane są przez pre-inkarski lud Uros, który dziś żyje głównie z turystyki. Generalnie panuje tam turystyczna ciupaga na maksa, a w samej wizycie na wyspie najciekawsza była opowieść i prezentacja jak pływające wysepki są zbudowane. Po sztucznym folklorze Uros popłynęliśmy na wyspę Amantaní. Zamieszkaliśmy tam u miejscowej rodziny w bardzo skromnym domku bez światła i wody. Wyspa zamieszkana jest przez około 4000 mieszkańców, zajmujących się głównie rolnictwem. Większość turystów przyjeżdża tam na jeden dzień, wiec bardzo dużej ciupagi nie ma. Ale jest nudno poza wejściem na dwie góry z ubogimi ruinami świątyń Pachamama i Pachatata nie ma zbyt wiele do robienia. Kolejna wyspa, na której postawiliśmy swoją stopę to Taquile. Wyspa słynie głównie z włókiennictwa a co najciekawsze robieniem na drutach zajmują się głównie faceci :).

M.

Uros: Mercedes Benz zaparkowany przed prywatną wysepką. Oh Lord, won’t you buy me a Mercedes Benz ?

Uros: Zbuduj sobie wyspę

Uros: Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj

Uros: Z Wesela: „Sami swoi, polska szopa. I ja z chłopa, i wy z chłopa
W oczach naszych chłop urasta. Do potęgi króla Piasta” 🙂

Uros: Partyjka brydża

Uros: Moja mama jada długopisy a brat się żywi balonami

Uros: My, po odstawieniu Polo Kokty

Amantaní: Na rynku

Amantaní: Lśnienie

Amantaní: Baba Jaga

Taquile: Drut Mistrz

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 25 kwietnia 2012 w Peru

 

Tagi: , , , ,