RSS

Archiwa tagu: tropiki

Na wyspach szczęśliwych

Po wielu tygodniach naszej podróży wreszcie dotarliśmy do najbardziej egzotycznego miejsca naszej wyprawy – Vanuatu. W 2006 roku kraj ten, nie bez powodu został uznany za kraj najszczęśliwszych ludzi. I my z tą opinią całkowicie się zgadzamy. Gdzie tylko spojrzeć wszędzie uśmiechnięci, pogodnie nastawieni ludzie. Wszystko toczy się tu w zwolnionym tempie. Nikt się nie śpieszy, każdy ma czas aby porozmawiać z sąsiadem, sprzedawcą w sklepie czy też obcym człowiekiem dopiero co poznanym na ulicy. Nami też się bardzo interesowano, a skąd jesteśmy, co robimy, jaka jest Polska, czy zimno, i patrzą na nas z niedowierzaniem jak mówimy o śniegu i minus dwudziestu stopniach Celsjusza 🙂 W Vanuatu nikt się niczym nie stresuje. Jak nie masz ochoty pracować to nie pracujesz, w tym kraju z nicnierobienia da się przeżyć, mieszkasz w szałasie, na śniadanie zrywasz owoce, których tutaj jest pod dostatkiem a na obiad czy kolację łowisz sobie rybkę. Sami o tym mówią „simple life”. Nie zapominajmy też, że jest to jeden z rajów podatkowych, do których ściąga rzesza Australijczyków i nie tylko.

Mimo, że jesteśmy w podróży już 4 miesiące i czujemy się zrelaksowani jak nigdy dotąd to jednak sposób bycia Ni-Vanuatu (jak o sobie mówią mieszkańcy Vanuatu) był dla nas zaskakujący. Zaczęło się to już na lotnisku  gdy spostrzegliśmy, że nasz lot na Espirito Santo jest opóźniony, ba, samolot w ogóle nie przyleciał i nikt z obecnych nie wydawał się tym poruszony. Tylko my chodziliśmy w tą i z powrotem do punktu odprawy biletowej z pytaniem co się dzieje. Samolot w końcu przyleciał (z półtoragodzinnym opóźnieniem) i w niebywale ciasnym samolocie, który wyglądał tak jakby miał zaraz się rozsypać dotarliśmy do Espirito Santo. Dodam, że byliśmy jedynymi białymi zarówno w samolocie jak i na całym lotnisku. Lotnisko było pełne ludzi ale to nie dlatego, że wszyscy lecieli samolotem. O nie, bilety lotnicze są dla nich nadal za drogie i najczęściej wybierają tańszy transport łodzią. Lotnisko było zatłoczone bowiem każdy z miejscowych podróżnych był żegnany przez całą rodzinę i przynajmniej przez połowę wioski 🙂

Co nas najbardziej urzekło w Vanuatu to kolory. Przyjechaliśmy pod koniec pory deszczowej więc wszędzie było bardzo bardzo zielono, woda za to miała najpiękniejszy turkusowy odcień jaki w życiu widzieliśmy. Na ulicach pełno było kobiet w kolorowych sukienkach z szerokimi bufiastymi rękawami a kolorowe parasolki towarzyszyły im codziennie czy to w upalny dzień czy deszczowy poranek. No i oczywiście targ w Port Vila, pełny życia, kolorowy, pachnący przeróżnymi owocami i kwiatami, otwarty 24h. Można tu zjeść za niewielkie pieniądze typowe lokalne potrawy tj. lap lap, miejscowe ryby podane z kumalą (miejscowy słodki ziemniak) lub taro, no i oczywiście kraba kokosowego, który nam osobiście nie przypadł do gustu. Poza kolorowym targiem nie znaleźliśmy w mieście (zarówno w Port Vila jak i w Luganville) nic ciekawego do oglądania, dlatego też po paru dniach wyruszyliśmy do maleńkiej rybackiej wioski (Port Orly) położonej na końcu asfaltowej drogi. Tak nawiasem mówiąc infrastruktura drogowa na Vanuatu jest mało rozwinięta i w większość miejsc można się dostać tylko samochodem z napędem na cztery koła lub piechotą. Prąd doprowadzony jest tylko do miast i niewielu wiosek, w sumie mniej więcej tam gdzie prowadzi droga asfaltowa. Większość mieszkańców Efate i Espirito Santo (wyspy na których byliśmy) nie ma także bieżącej wody. Gdy wylądowaliśmy w Port Orly okazało się, że mamy prąd tylko od godziny 17:00 do 23:00 a w niedzielę prawie cały dzień.  Woda do mycia była oczywiście zimna ale akurat to nam nie przeszkadzało przy ponad 30-stopniowym upale 🙂

Vanuatczycy to poligloci. Większość z nich zna kilka języków: francuski lub angielski (co stanowił pozostałość po kondominium francusko-brytyjskim zniesionym dopiero w 1980 roku), język lokalny typowy dla regionu, z którego się pochodzi, a także Bislama. Bislama jest to uproszczony angielski pomieszany z językiem lokalnym i w niewielkim stopniu z językiem francuskim. Język ten związany jest z historią tzw. blackbirdingu mającego miejsce w latach 70 i 80 XX wieku czyli uprowadzaniem mieszkańców wysp Pacyfiku do niewolniczej pracy na plantacjach w Queensland (Australia) oraz Fiji. Praca na tych plantacjach była utrudniona bowiem jak to można było się domyśleć niewolnicy mówili różnymi językami. W związku z tym stworzono pidżin (pidgin) czyli jeden wspólny język będący kombinacją słownictwa angielskiego i struktur gramatycznych zapożyczonych z języków lokalnych. To z kolei zapoczątkowało rozwój Bislama a także Tok Pisin na Papui Nowej Gwinei oraz Pijin na Wyspach Salomona. Zainteresowanych tym ciekawym tematem odsyłam do naszej zakładki „foto” gdzie znajdziecie kilka zdjęć jakie zrobiliśmy znakom napisanym w Bislama.

D.

Jedna z licznych plantacji kokosowych

Droga asfaltowa przez dżunglę

Dzieciaki wracające ze szkoły

Ulubiona zabawa miejscowych dzieciaków

Pani nauczycielka Diana 🙂

Targ w Port Vila

Miejscowy przysmak – krab kokosowy

Lap-lap – tradycyjna potrawa na Vanuatu

A w niedzielę rano..

Widok z naszej słomianej chatki

 

 
2 Komentarze

Opublikował/a w dniu 24 lutego 2012 w Vanuatu

 

Tagi: , , ,

Tam gdzie rozbił się kapitan Cook

Gdy w 1770 roku w trakcie swojej pierwszej wyprawy na Pacyfik kapitan Cook przepływał przez Morze Koralowe swoim statkiem Endeavour nie przewidział, że spędzi tu znacznie więcej czasu niż zamierzał. To właśnie w rejonach tropikalnego Queenslandu Endeavour miał bliskie spotkanie z rafą koralową. Odyseja pacyficzna kapitana Cooka została zatrzymana na kilka miesięcy w celu naprawy uszkodzonego statku. Podczas tych kilku miesięcy kondycja załogi została mocno nadwyrężona, wiele osób zmarło z wycieńczenia, a także z powodu różnych nieznanych im chorób. Dlatego też kapitan Cook po opuszczeniu tego miejsca nadał mu nazwę Cape Tribulation czyli Przylądek Udręki.

Kapitan Cook rysował pierwsze europejskie mapy Australii i starał się przyporządkować nazwy nowo poznanym roślinom i zwierzętom. Gdy zobaczył pierwszy raz w swoim życiu kangura zapytał stojącego opodal niego Aborygena co to jest, a Aborygen odpowiedział mu „kangooru”, co w języku Aborygenów oznacza po prostu „nie rozumiem cię”. Tak też zostało do dziś.

My również postanowiliśmy zobaczyć Przylądek Udręki, w którym bujne lasy tropikalne porastające okoliczne wzgórza spotykają się z przepiękną złocistą plażą. Następnego dnia po przybyciu z Wielkiej Rafy Koralowej odebraliśmy nasz czerwony statek kosmiczny i pomknęliśmy na północ. Po drodze postanowiliśmy zobaczyć Port Douglas, Mosman Goerge i dżunglę w Parku Narodowym Daintree. Park porośnięty był nieznanymi nam dotychczas roślinami tropikalnymi: palmami o kolczastych łodygach, wielkimi paprociami, rozłożystymi na kilkanaście metrów drzewami figowca, epifitami oraz innymi nieznanymi nam drzewami obrośniętymi w liany. Gdzie niegdzie dało się słyszeć okrzyki dzikich ptaków, nie mówiąc już o głośnych cykadach, których nieustanny dźwięk przyprawiał o zawrót głowy. Niestety mimo wielu znaków na drodze informujących o możliwości wyskoczenia na jezdnię wielkiego na dwa metry indyka nazywanego cassowaries nie udało nam się go zobaczyć. Dowiedzieliśmy się, że na świecie żyje tylko 1200 casssowaries (i to tylko w Australii) dlatego są one objęte szczególną ochroną. Ku naszemu rozczarowaniu nie spotkaliśmy także żadnego krokodyla, które zamieszkują przydrożne rzeki i creeks (małe strumienie wodne).

Mieliśmy natomiast tą niezwykłą przyjemność zobaczyć wielkiego na 1,5 metra jaszczura przechadzającego się jakby nigdy nic obok naszego statku kosmicznego oraz niezliczone box jellyfish i catostylus stingers, które wyglądem przypominają nadbałtyckie meduzy, ale są bardzo niebezpieczne. Jad najmniejszych z tych meduz tzw. Irukandji box jellfish może spowodować śmierć nawet w 2 godziny. Generalnie oparzenie należy przemyć octem, który jest dostępny prawie na każdej plaży i jak najszybciej zawieść ofiarę do szpitala. Od miejscowych dowiedzieliśmy się, że gdy nie ma octu należy po prostu na oparzenie nasikaćJ Na szczęście ani ja ani Marcin nie byliśmy zmuszeni do takiego poświęcenia:-)

W drodze powrotnej do Cairns zwiedziliśmy jeszcze pagórkowate rejony Płaskowyżu Arthernon (Tablelands). Niesamowite było to, że te rejony odległe zaledwie o 200 km od porośniętego lasem tropikalnym Przylądku Udręki swoim wyglądem przypominały polskie Góry Świętokrzyskie! Pełno tu było zielonych łąk i pasących się na nich krów. Gdyby nie drzewa mango i palmy rosnące na farmach oraz występujące od czasu do czasu jeziora powstałe w wyniku wybuchu wulkanu pomyślelibyśmy, że jesteśmy w domu rodzinnym. Potem dowiedzieliśmy się, że wiele lat temu te rejony również porośnięte były lasem tropikalnym ale masowy wyrąb drzewa potrzebnego do wydobywania cyny spowodował, że zachowały się tylko jego niewielkie fragmenty. Przejeżdżając obok miejscowości Mareeba odwiedziliśmy winiarnię produkującą wina z mango. Ku naszemu zaskoczeniu właściciel oferował kilka rodzajów tego trunku, w tym wino wytrawne, które było zaskakująco smaczne.

Spędziwszy noc nad jeziorem Tinaroo skierowaliśmy się w stronę plaży Ellis, która miała być naszą oazą na kilka dni przed napiętą podrożą po Nowej Zelandii. Z właścicielem resortu udało nam się wynegocjować przystępną cenę za bungalow położony 3 metry od plaży. Upalne, leniwe dni przerywały nam okrzyki Weeloo, zwanymi po prostu Pan Długa Nóżka (Bush Thick-knee) oraz Kookaburry. To bardzo ciekawe ale także mądre ptaki. Nasz sąsiad był świadkiem jak jeden z nich porwał w górę węża i zrzucał go na ziemię tyle razy dopóki ten nie zdechł. Opowiadano nam, że inną praktyka tych ptaków jest uderzanie węża o poręcz barierki w jedną i druga stronę aż do całkowitego jego uśmiercenia. Cóż za pożyteczne stworzenia!

Na koniec kilka słów o artykule jaki został zamieszczony w miejscowej gazecie. Otóż australijski Instytut do Walki Przeciw Alkoholizmowi alarmuje przed pojawiającym się na półkach sklepowych niebezpiecznym produkcie z Polski, tj. spirytusie ratyfikowanym (95% alc.vol). Okazało się, że alkohol ten jest masowo wykupywany przez australijską młodzież, która urządza sobie konkursy typu „który najszybciej się opije” a także pokazy ognia (zapalanie zapalniczki przy ustach tuż po przełknięciu tego trunku), które następnie są zamieszczane na YouTubie. Po licznych atakach ze strony Instytutu, dystrybutorzy tego produktu oznajmili, że ich intencją było sprowadzenie spirytusu na użytek Polaków zamieszkujących Australię „for their traditional and cultural use” (tłum: w celu jego spożycia zgodnie z ich tradycją i kulturą). Ciekawe co na to polska ambasada w Australii. Na razie pozostawiamy to bez komentarza…

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 22 stycznia 2012 w Australia

 

Tagi: ,

Wielka Rafa Koralowa, wspaniały podwodny świat

W Cairns lądujemy późnym wieczorem 2 stycznia. Po wyjściu z lotniska od razu uderza nas fala gorącego, parnego powietrza. Nasze ciało od razu rozpoznaje – jesteśmy w tropikach. Cairns leży na północnym wschodzie Australii w stanie Queensland, około 300 km na północ od zwrotnika Koziorożca i jest największą bazą wypadową na Wielką Rafę Koralową oraz do lasów tropikalnych na półwyspie York.

 

Diana niestety przeziębiła się w samolocie i przez kolejne dni, cała zlana potem leżała w łóżku, pomrukując, że chce do Polski:-) Dlatego pierwsze 4 dni głównie spędzamy na planowaniu i poszukiwaniu najlepszej oferty dotyczącej nurkowania na rafie oraz wynajmu samochodu. W tych okolicach planujemy spędzić 3 tygodnie więc odwiedzamy liczne agencje pośrednictwa turystycznego w celu wyboru najlepszych ofert. W Cairns przemysł turystyczny jest nadzwyczaj rozwinięty, wręcz przerośnięty, w centrum miasta na każdym kroku można spotkać agencje pośrednictwa turystycznego i przebierać w kilkunastu ofertach nurkowania, raftingu, wycieczek do dżungli, skoków ze spadochronu, na bungie, lotów helikopterem, paralotnią, itd. Na te kilka dni zatrzymaliśmy się w hostelu Traveller’s Oasis i był to wyśmienity wybór. Ten uroczy hostel zaprojektowany przez artystów zajął trzecie miejsce w konkursie na najlepszy hostel w Australii i Oceanii, a dla nas rzeczywiście okazał się przytulną oazą, w której mogliśmy poznać innych backpackersów z całego świata. Podsumowując panującą tu atmosferę było „easy peasy” jak to często mawiał wyluzowany manager John.

Po kilku dniach poszukiwań i dokonaniu wszystkich rezerwacji 7 stycznia o 6:00 rano wyruszamy na trzydniowe safari nurkowe na Wielkiej Rafie Koralowej. Hurra, w końcu długo wyczekiwany moment nastąpił! Po ostrej selekcji wybraliśmy ofertę firmy Cairns Dive Centre (CDC) głównie ze względu na profesjonalną załogę, bardzo dobre miejsca nurkowe oraz przystępną cenę (w ramach promocji dostajemy 1 dzień gratis). Dodatkowo okazuje się, że prognoza pogody jest wprost fantastyczna, zero wiatru, ciepło i przede wszystkim nie będzie padać, co jak na obecną porę roku ( pora deszczowa) jest dość dużym szczęściem. Na początku płyniemy katamaranem Reef Kiss (Pocałunek Rafy), który ma nas zawieść na nasz docelowy znacznie większy katamaran. W trakcie jednogodzinnego rejsu załoga statku opowiada nam o nurkowaniu na rafie i udziela bardzo pożytecznych porad. W szczególności pozytywnie naładowany dive master Lee opowiada nam z uśmiechem jak zakładać pas balastowy: You need to hold female part of your belt in your left hand and male part of the belt in right hand, then you need to put the male part into female part. Tu pokazuje palec wchodzący w dziurkę. Remember female in left and male in right hand. Why? Beacuse men always have right!:-)

Zaraz po zakwaterowaniu w kajucie na pokładzie statku Kangaroo Explorer, szybkim lunchu i zwięzłej odprawie wskakujemy do wody na nasze pierwsze nurkowanie na Wielkiej Rafie Koralowej. Jesteśmy bardzo podekscytowani:-)

Wielka Rafa Koralowa (Great Barrier Reef) jest największą rafą koralową na świecie i największą pojedynczą strukturą wytworzoną przez organizmy żywe. Jest widoczna z kosmosu jak mur chiński, ale jest od niego większa. Oznacza to, że polipy wraz z innymi organizmami rafotwórczymi potrafiły zbudować coś znacznie większego niż ludzkość. Zajęło im to około 20 milionów lat i mamy wielką nadzieje, że będą kontynuowały swoją pracę przez kolejne miliony lat. Rafa rozciąga się na 2300 km wzdłuż północno-wschodniego wybrzeża Australii, mniej więcej od miasta Rockhampton na południu aż po wybrzeża Papui Nowej Gwinei na północy. Znajduje się na szelfie kontynentu australijskiego i jest oddalona od brzegu jakieś 15 do 200 km. Obszar między rafą a lądem jest płytki, do 100 m głębności, natomiast od strony oceanu zbocze rafy opada stromo tysiące metrów w głąb dna Pacyfiku. Rafa zajmuje obszar około 350 tys km2 i składa się z około 3000 mniejszych raf i 900 wysepek. Czyli jest mniej więcej wielkości Polski. Rafę zamieszkuje około 1500 gatunków ryb, 5000 gatunków mięczaków, 400 gatunków koralowców i 500 gatunków wodorostów.  Biorąc pod uwagę rozmiar Rafy zdajemy sobie sprawę, że nasza trzydniowa dniowa wycieczka, pozwoli nam odkryć zaledwie malusieńki kącik tego wielkiego podwodnego świata.

Na początku nurkujemy na Milln Reef, rafie oddalonej o jakieś 60 km od wybrzeży Cairns. Woda ma 30 stopni więc nurkujemy tylko w Stingersuit (czyli bardzo cienkim kombinezonie z lajkry chroniącym przed parzącymi marine stingers). Zaraz po zanurzeniu naszym oczą od razu ukazuje się cudownie kolorowy podwodny świat. Jest wspaniale, nasz dive master Omar pokazuje nam co możemy dotykać a czego nie. Przez chwile bawimy się z sea cucumber (morski ogórek), bardziej przypominającego irokeza niż ogórka. W tych wodach jest rzeczywiście dużo trujących i parzących organizmów, więc podstawowa zasada brzmi „nic nie dotykać” gdy nie jest się na 100% pewnym co to jest, jeśli coś jest wyjątkowo brzydkie lub bardzo jaskrawe/odblaskowe to zapewne jest groźne. Wizura jest doskonała, nie ma żadnych prądów, a podwodny świat, co chwile zaskakuje nową formą koralowca, kształtem ryby, kolorami muszli ślimaków. Wciąga tak bardzo, że gdyby nie limit powietrza w naszych butlach można by spędzić pod wodą cały dzień.

Tego dnia Diana już nie nurkuje, bo nadal nie jest do końca wyleczona, a zatkane zatoki pod wodą uniemożliwiają wyrównanie ciśnienia, co może się okazać bardzo niebezpieczne. Ja po dwóch godzinach od ostatniego nurka wskakuje ponownie, tym razem w pobliskiej rafie Three Sisters Reef (Trzy Siostry). Nurkuje w towarzystwie Damiena i Krisa. Damien to instruktor nurkowania z Francji. Pracował trochę w swojej ojczyźnie, potem w Egipcie i na Filipinach, a w Australii spędza wakacje. Kris to Brytyjczyk, który właśnie od Australii zaczął swoją trzyletnią podróż dookoła świata. Na razie pracuje w okolicach Cairns na farmie bananów, aby zarobić na kolejny etap podróży po Azji. Rafa, na której nurkujemy, składa się z trzech podwodnych gór nazwanych siostrami. My zaczynamy od drugiej siostry, którą opływamy dookoła i stąd próbujemy dalej dopłynąć do trzeciej siostry oddalonej o jakieś 60 metrów. Płyniemy w toni na 15 metrach, widoczność nie jest tak dobra jak na pierwszej rafie i po kilku minutach wydaje nam się, że się zgubiliśmy. Wytyczamy jeszcze raz kierunek i dajemy sobie jeszcze 5 minut. Udaje się, znaleźliśmy trzecią siostrę. Niestety nie jest tu już tak kolorowo jak za pierwszym nurkowaniem. Widać efekty El Niño, czyli blaknięcia koralowców, spowodowanym głównie przez żywiącą się koralowcami rozgwiazdę zwaną koroną cierniową, zanieczyszczenie wód ściekami z lądu i nadmierny ruch turystyczny. W trakcie tego nurkowania testuję zmodyfikowaną soczewkę w naszej kamerze GoPro, którą sam montowałem dzień wcześniej. W trakcie nurkowania na Ningaloo Reef w Australii Zachodniej, okazało się bowiem, że standardowa obudowa podwodna do naszej kamery ma problemy z fokusem, a brak lampy błyskowej lub czerwonego filtra powoduje, że wszystkie podwodne zdjęcia i filmy są niebieskie. Jak się później okazało, płaska soczewka i czerwony filtr znaczenie poprawiły ostrość i kolory filmów w stosunku do standardowej obudowy. Jednak kamera GoPro bardziej nadaje się do robienia podwodnych filmów niż do robienia zdjęć. Na zdjęciach nadal są problemy z ostrością. Czerwony filtr w trakcie słonecznej pogody zdaje egzamin do 10 metrów, głębiej zaczyna wygrywać kolor niebieski. Dodatkowo chyba popełniłem jakiś mały błąd w trakcie montażu, bo trzeciego dnia obudowa zaczęła przeciekać. Ponadto razem z Dianą dowiedzieliśmy się, że robienie podwodnych zdjęć nie jest takie łatwe i jeszcze dużo musimy się nauczyć.

Po kolacji, czas na nurkowanie nocne, to będzie pierwsze w moim życiu, tak więc ekscytacja w pełni jak księżyc na niebie J Ponieważ będzie to moje pierwsze tego typu nurkowanie nie mogę nurkować z Damienem i Krisem, ale muszę nurkować z dive masterem z załogi CDC, do którego podpięto 10 innych nurków. Po otrzymaniu latarki i wskoczeniu do wody okazuje się, że w wodzie znajduje się bardzo ściśnięty tłum ludzi. Zanurzamy się, nagle ktoś staje mi na głowie potem ja staje komuś innemu. W tych ciemnościach nie jest to zbyt przyjemne. Przed nurkowaniem, w trakcie kolacji Wynnie (starszy instruktor z Niemiec na wakacjach z 5000+ nurkowaniami na koncie) opowiadał mi, że z nurkowaniem nocnym jest tak, że albo ci się ono spodoba podczas pierwszego nurkowania i potem będziesz je lubił i wielokrotnie powtarzał, a jak ci się nie spodoba za pierwszym razem to już nigdy go nie polubisz. Ja bardzo chciałem je polubić, więc podjąłem decyzję, że wypuszczę tę całą zgraję ludzi  przodem, a sam będę płynął w jakieś odległości dającej trochę swobody i komfortu, koniec końców mamy płynąć wzdłuż podwodnego muru, jest pełnia księżyca więc trudno się zgubić. Osamotniony w panujących ciemnościach zaczynam się czuć prawie jak kosmonauta wypuszczony ze statku w czarną i bezkresną przestrzeni kosmosu. Od razu znacznie lepiej, w końcu mogę poświecić i powoli pooglądać co mnie otacza. W porównaniu do dnia, w nocy rafa wydaje się jakby uśpiona, nie ma żadnych ryb, żadnego ruchu, leniwie poruszają się tylko gałęzie miękkich koralowców i wodorostów. W szczelinach „żywej skały” dostrzegam śpiącą rybkę, to parrotfish (ryba papuga) jedna z tych bardzo kolorowych, leży na boku i chrapie. Po chwili poszukiwań zaczynam widzieć w świetle swojej latarki rybę red basa, polującą na inne mniejsze rybki. Zaczynam nawet się z nimi bawić, oświetlam małą rybkę a ta zostaje zjedzona w sekundzie o jej oświetleniu przez czerwonego basaJ Później okazuje się, że tych red basów jest znacznie więcej i wszystkie na coś polują, pojawiają się też inne większe rybki z ząbkami, wygląda na to, że nocą budzą się podwodne drapieżniki. Dostrzegam, że zgraja nurków zaczyna zawracać, więc i ja odwracam się od podwodnego muru i oświetlam toń przede mną. W oddali w świetle latarki początkowo dostrzegam tylko dwoje czerwonych oczu, a potem wyłania się spora sylwetka rekina. Jest bardzo duży. Na oko ma jakieś 2 metry i jest ode mnie oddalony jakieś 20 metrów, świecę niżej widzę kolejną parę czerwonych oczu. W moim ciele poziom adrenaliny zaczyna się podnosić. W chwile potem ku mojemu początkowemu uradowaniu podpływa do mnie jako pierwszy Omar i podjarany widokiem wielkiego rekina zaczyna również w niego świecić i ściągać resztę osób. Przestraszone rekiny uciekają, a jedynymi osobami jakie je widziały byłem ja i Omar. Szkoda tylko, że tak krótko. Omar mówił, że to co widzieliśmy to był bull shark. Jeden z największych rekinów na Rafie.

W świadomości ludzi rekiny są niesłusznie kojarzone z ludojadami. Zapewne po części zawdzięczają to swojemu wyglądowi, bo rzeczywiście wyglądają na podwodnych morderców, a po części Stevenowi Spilbergowi i filmowi Szczęki. W rzeczywistości okazuje się, że na Rafie nie odnotowano żadnego śmiertelnego ataku rekina na nurka. Nasi dive masterzy śmieją się, że rekiny nie lubią mięsa ludzkiego i po skosztowaniu kawałka odpływają. Według statystyk w wyniku ataku rekina rocznie ginie 8 osób (głównie surferzy przy plażach, których rekiny mylą z fokami), dla porównania w samej tylko Australi ginie 140 osób rocznie pod plamami w wyniku uderzenia kokosa.

Drugiego dnia budzimy się na Rafie i z samego rana, jeszcze przed śniadaniem wskakujemy do wody aby posnurklować przed murem, wzdłuż którego wczoraj wieczorem nurkowałem. Diana na szczęście czuje się już lepiej więc razem mamy przed sobą wspaniały dzień! Rafa przed murem jest położona zaledwie od jednego do trzech metrów od powierzchni wody, więc warunki do snurklowania są idealne. W wodzie gwarno i skwarno, ruch jak przed świętami w Galerii Mokotów:-) Jest znacznie bardziej kolorowo niż na wzgórzach trzech sióstr. Diana wypatrzyła obrzydliwą murenę w szczelinie koralowca i małego rekinka.  Ja na free divie nurkuję wokół małego podwodnego stożka, otoczonego przez zgraje zebrowatych rybek zastygłych nad jego szczytem i strzelam im foty. W trakcie tych podwodnych wygibasów gubię jedną płetwę. Nasze podwodne szaleństwa przerywa gwizdek z łodzi wzywający na śniadanie.

W trakcie śniadania płyniemy na kolejną rafę zwaną East Timor Reef.  Zaraz po śniadaniu i tuż przed obiadem robimy z Dianą dwa nurkowania. Rafa ta niestety nie jest tak kolorowa jak tak obok trzech siostrzyczek, a dodatkowo jest bardzo dużo drobnych meduz i planktonu w wodzie znacznie ograniczających widoczność. Z powyższych względów nurkowanie to nie jest najwspanialsze, lecz nie narzekamy w myśl przysłowia „Każde nurkowanie w wodzie jest super, a najgorsze nurkowanie jest lepsze od najlepszego dnia w pracy”.

W trakcie lunchu płyniemy na kolejną rafę, tym razem największą atrakcje naszej wycieczki rafę Briggs Reef. Po lunchu robimy małą przerwę i o 16 wskakujemy do wody. Po kilku minutach już rozumiemy zachwyt naszych dive masterów tą rafą. Jest to najbardziej kolorowe miejsce, jakie widzieliśmy do tej pory. Żadnych obumierających koralowców, wszystkie są żywe, kolorowe i bardzo różnorodne. A do tego oczywiście mnóstwo mniejszych i większych rybek. W koralowcach odnajdujemy Nemo i jego kolegów (różne gatunki błazeneków), a także rybę wyglądającą jak jaszczurka. W trakcie podwodnego spacerku wzdłuż podwodnego muru schodzącego na oko do 40 metrów przepływają obok nas trzy żółwie, mały rekinek, potężna ryba podobna do basa ale mająca ze 2 metry długości (do tej pory nie odnalależliśmy w albumach jej nazwy). Do tego pełno kolorowych muszli, ślimaków i kilka potężnych małż (Gigan Calm).  Pod naszym statkiem pływa pełno zaciekawionych rybek i potężna barakuda z groźnie sterczącymi zębami. Po kolacji robimy tu również nurkowanie nocne, tym razem pierwsze dla Diany. Poza końcowym dość bliskim spotkaniu z trzema małymi rekinkami, ja uznałbym to nurkowanie za bardzo spokojne. Diana chyba bardziej woli nurkowania dzienne, bo w trakcie tego non stop świeciła mi latarką prosto w oczy upewniając się, że ja to ja a nie jakaś drapieżny podmorski stwór:-)

Kolejnego dnia z samego rana jeszcze raz dajemy nura na Briggs Reef. Tym razem ja nurkuje z Damienem, trochę głębiej przy murze, a Diana daje nura z naszą dive masterką Kelly. Wiemy, że pobicie walorów rafy Briggst jest bardzo trudne i z pewnym smutkiem odpływamy z niej do pobliskiej 360 Coral Reef. Na tej rafie, przed odpływem do Cairns robimy jeszcze dwa nurkowania i jedno snurklowanie. Okazuje się, że przez tę rafę przebiega szlak migracyjny żółwi. Początkowo widzimy jeszcze z łodzi kilka żółwi na powierzchni przepływających obok naszego statku. W trakcie nurkowania udaje mi się nakręcić jednego z nich pod wodą jak zajadał koralowca na lunch!

Nigdy nie przypuszczaliśmy, że u wybrzeży Australii, na krańcach znanego nam świata, odkryjemy inny wspaniały podwodny świat, w którym granice między zwierzętami, roślinami i skałami, tak oczywiste na powierzchni zupełnie zacierają się pod wodą. Znika tu też podział na obserwatorów i obserwujących, często pływając pod wodą napotykaliśmy ciekawskie ryby, które lubiły pływać z nami i nas podglądać. Dodatkowo urzekł nas podwodny spokój, relaks i wszechobecne wyluzowanie. Często czuliśmy się tu jak dzieci, zaciekawione każdym otaczającym nas detalem. Nurkowanie na Wielkiej Rafie Koralowej, zdecydowanie uznajemy za nasze najlepsze w życiu. I życzymy każdemu, aby odwiedził ten wspaniały podwodny świat.

Life is better when you dive

 
2 Komentarze

Opublikował/a w dniu 9 stycznia 2012 w Australia

 

Tagi: , ,